KATECHEZA O SUMIENIU 2.

.

Skąd sumienie wie,
co jest dobre, a co złe

tekst ks. Tomasz Jaklewicz

Ludzie przestają uznawać obiektywną prawdę na temat dobra i zła. Powtarza się jak refren zdanie: "każdy ma swoją prawdę". Człowiek sam chce decydować, co jest dobre, a co złe. To bodaj najgroźniejsza choroba współczesnych sumień.

W książce "Fundamenty wiary" Josh McDowell przytacza rozmowę z nastolatką: - Czy seks przedmałżeński jest czymś złym? - pada pytanie. - No cóż, myślę, że dla mnie jest - odpowiada dziewczyna. Kiedy McDowell pyta, czy nie uważa, że to jest złe dla każdego, słyszy odpowiedź: - Wiem, że jest zły dla mnie i zdecydowałam się nie uprawiać seksu przed ślubem, ale nie sądzę, że mogę oceniać to, co robią inni ludzie.

Cóż to jest prawda?

Wypowiedź dziewczyny, pozornie poprawna, świadczy o tym, że jej sumienie zostało już "sformatowane" przez tzw. relatywizm moralny. Głosi on, ze prawda jest czymś subiektywnym, a dobro i zło są względne. Prawda jest właściwie opinią człowieka. Jest tyle prawd, ilu ludzi. Coś, co jest dobre dla mnie, nie musi być wcale dobre dla ciebie. Nie ma bowiem zasad moralnych obowiązujących zawsze i wszystkich. Jeżeli człowiek sam ustala, co jest dobre, a co złe, to konsekwentnie nie ma prawa oceniać postępowania innych.

Relatywizm stał się we współczesnej kulturze swego rodzaju świeckim dogmatem. Świadomie lub nieświadomie jest propagowany przez media. Migające ekrany telewizorów i komputerów serwują obraz świata pocięty na fragmenty, rozbity na tysiące zmieniających się obrazów. To wszystko stwarza wrażenie chaosu, w którym wszystko jest względne: jednakowo ważne lub nieważne, prawdziwe lub nie. Obowiązująca w mediach poprawność polityczna zakazuje oceniania, wartościowania kogokolwiek i czegokolwiek. Kto próbuje odwołać się do obiektywnych norm moralnych, zostaje okrzyknięty człowiekiem nienowoczesnym, fanatykiem, ciemnogrodem lub skrajną konserwą.

Czy istnieje prawda o dobru i złu, prawda obiektywna, nadrzędna, "do odkrycia", a nie "do wytwarzania" przez człowieka? Czy też każdy człowiek ma swoją prawdę? Od odpowiedzi na te pytania zależy bardzo wiele. Dwie koncepcje moralnej prawdy prowadzą bowiem do różnych koncepcji polityki, wychowania, rodziny, także sensu życia i w ogóle człowieka. To nie jest spór czysto akademicki. Dialog Jezusa z Piłatem mógł przez moment wyglądać jak rozmowa dwóch filozofów wymieniających poglądy. Symbolem postawy Piłata stało się pytanie: "Cóż to jest prawda?". Sceptycyzm strojący się w piórka intelektualnej zadumy jest pociągający. Okazuje się jednak zabójczy dla sumienia. Droga Piłata od chwiejności do łajdactwa okazała się bardzo krótka.

Boży przepis na szczęście

Chrześcijańska odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: prawda jest z Boga. Granice między dobrem i złem są niezmienne. Prawo moralne, czyli wszelkie normy postępowania, ma swoje źródło w mądrości Bożej. Prawo moralne to Boży przepis na szczęście, to azymut wyznaczający drogę ku dobru, ostrzegający przed ścieżkami prowadzącymi donikąd. Sumienie działa jak kompas. Jego zadaniem nie jest tworzenie prawa moralnego, ale jego odczytywanie i odnoszenie go do konkretnych życiowych sytuacji, wyborów, działań.

Prawo moralne dociera do człowieka dwoma ścieżkami. Jedną z nich jest droga objawienia. Bóg wchodząc w historię ludzi i zapraszając ich do wspólnoty miłości, objawił jednocześnie zasady moralnego postępowania. Te zasady zostały zapisane w Biblii (np. Dziesięcioro Przykazań, Kazanie na Górze). Nowością Ewangelii jest to, że Jezus wskazuje na siebie samego jako na "żywą normę" postępowania. "Ja jestem drogą, prawdą i życiem" - mówi o sobie Chrystus, czyli: "To Ja swoim życiem wskazuję wam właściwą drogę, zostawiam wam najdoskonalszy wzór człowieczeństwa".

Drugą drogą, po której dociera do nas Boże prawo, jest rozumna natura człowieka. Chodzi o tzw. prawo naturalne. To prawo nie zostało zapisane na papierze, jest "wypisane w sercu". To jest jakaś podstawowa intuicja moralna, która pozwala człowiekowi rozpoznawać dobro i zło. "W głębi sumienia człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny i którego głos, wzywający go zawsze tam, gdzie potrzeba, do miłowania i czynienia dobra, a unikania zła, rozbrzmiewa w sercu nakazem: czyń to, tamtego unikaj. Człowiek bowiem ma w swym sercu wypisane przez Boga prawo, wobec którego posłuszeństwo stanowi o jego godności i według którego będzie sądzony" - stwierdza Sobór Watykański II. Przykładem prawa naturalnego są zasady: "Oddaj każdemu, co mu się należy", "za dobry czyn należy się nagroda, za zły kara", "czyń dobrze", "unikaj zła" itd. Prawo naturalne pozwala sformułować podstawowe ludzkie prawa i obowiązki, np. prawo do życia, do wolności, do szacunku itd.

Ks. Tischner porównuje prawo naturalne do zasad działania na przykład radia. Do natury radia należą zasady jego działania, które trzeba respektować, tzn. podłączyć do prądu, zamontować antenę, nie zanurzać w wodzie itd. W samym urządzeniu można odkryć zasady obchodzenia się z nim. Zasady obsługi opisuje instrukcja, ale większości z nich człowiek domyśla się sam. Dekalog jest taką "instrukcją obsługi" człowieka, ale w samej ludzkiej naturze człowiek odczytuje te same zasady. Na przykład przekonanie, że zabójstwo jest złem, jest wprost zapisane w Dekalogu, ale jest także elementem prawa naturalnego, czyli wie o tym każdy człowiek, nawet taki, który nigdy nie słyszał o 10 przykazaniach.

Katechizm Kościoła zwraca uwagę, że prawo naturalne jest uniwersalne, czyli odnosi się do wszystkich ludzi mimo różnorodności kultur (KKK 1957). Jest niezmienne, choć "istnieje wśród zmieniających się poglądów i obyczajów" (KKK 1958). Ponadto prawo naturalne "ustanawia niezbędną podstawę moralną do budowania wspólnoty ludzkiej" (KKK 1959). Wszystkie prawa stanowione przez władze w państwie czy w innych społecznościach człowieka powinny mieć swój fundament w prawie naturalnym. Aby jakiekolwiek ustanowione prawo obowiązywało w sumieniu, musi być zgodne z prawem natury!

Idę się rozerwać... na minie

Czy wyobrażamy sobie ruch drogowy bez przepisów ruchu? Łatwo przychodzi nam zrozumieć, że na drogach potrzebny jest ład obowiązujący wszystkich dla dobra każdego z kierowców. Dlaczego tej prostej zasady nie przenosimy na moralność, która reguluje wszystkie sfery życia? Tu jest dokładnie tak samo: obiektywny ład moralny służy dobru zarówno społeczeństwa, jak i jednostki, służy bezpiecznemu poruszaniu się po życiowych drogach.

Ci, którzy odrzucają prawdę o stałych granicach między dobrem i złem, mówią często, że czynią to w imię wolności człowieka. Jan Paweł II na każdym kroku przypominał, że jest dokładnie na odwrót. Wolność, która nie wiąże się z prawdą, obraca się przeciwko człowiekowi. Młodzi ludzie zwykle najgłośniej wołają, że są wolni i nie chcą, by im cokolwiek zakazywać lub nakazywać. W odpowiedzi na te protesty opowiadam im przypowiastkę o człowieku idącym przez pole minowe. Widzi on tabliczki z napisem: "Nie wchodzić! Miny! Grozi śmiercią!". Te ostrzeżenia wyznaczają bezpieczną drogę. Powinien być wdzięczny tym, którzy je ustawili. Ale może powiedzieć sobie, że takie zakazy ograniczają jego wolność. Jesteś wolny, możesz zlekceważyć zakaz. Naprawdę chcesz "się rozerwać"?

Antoine de Saint-Exupery pisze: "Każda droga jest przymusem, gdyż ogrodziłem ją z obu stron płotem. (...) Czy wolnością nazwiesz prawo błąkania się po pustkowiu? Ilekroć powstaje przymus jakiejś drogi, powiększa się wolność!" ("Twierdza"). Prawo moralne nie jest zamachem na wolność. Etyczne nakazy i zakazy wyznaczają drogę rozwoju człowieka. Wolność, która przybiera formę: "nic nie muszę", "wszystko jest dla ludzi" itd. skazuje człowieka na błąkanie się po bezdrożach. Dojrzała wolność to zgoda na drogę, to wierność odkrytej prawdzie. Wierność zasadom moralnym jest ostatecznie wiernością komuś, a nie czemuś. To wierność sobie, innym, Bogu. Kompas sumienia pomaga człowiekowi nie zagubić się, daje mu szansę bycia kimś, wyznacza drogę dojrzewania.

Przekonanie o istnieniu obiektywnej prawdy zakotwiczonej w Bogu nie oznacza ani fanatyzmu, ani aroganckiej postawy posiadacza prawdy. Alternatywa "fanatyzm albo relatywizm" jest fałszywa. Chrześcijanin jest pokorny, bo wie, że prawda jest większa od niego, a on stale do niej nie dorasta, wciąż na nowo ją odnajduje i wciąż jej szuka kompasem sumienia. Wie, że swoje życie ma naginać do prawdy, a nie odwrotnie.

Więcej w naszym portalu www.wiara.pl

góra

* * *

.

Sumienie pod krzyżem

Piłat znał obiektywne dobro i zło. A jednak nie postąpił w zgodzie z głosem sumienia. Pytanie - dlaczego? Dlaczego tylu ludzi na świecie, wiedząc, co jest dobre, a co złe, wybiera zło? Piłat nie od razu wybrał zło. W pierwszym odruchu posłuchał swojego sumienia. Zachował się jak pewien urzędnik, który namawiany do złamania przepisów, najpierw stanowczo odmówił. Odmówił też drugi raz i trzeci. W końcu jednak uległ, złamany z jednej strony obietnicą łapówki, a z drugiej groźbą fałszywego oskarżenia przed szefem.

Piłat walczył z pokusą łatwego pozbycia się kłopotu. W imię zasad, które podpowiadało mu sumienie, próbował ratować życie Jezusa. Walczył o Niego. Wymyślał sposoby. Ale równocześnie widać było, że nie jest do końca pewny swych racji. Nie bez powodu zapytał Jezusa: "Cóż to jest prawda: W tak podstawowej kwestii nie byt pewny swego zdania. Zabrakło mu fundamentu. Czy zdawał sobie sprawę, że zadając to pytanie Jezusowi, który powiedział o sobie: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem", sprawił Mu ból? Nie mniejszy niż ten, gdy kierując się pokrętną logiką w imię ratowania mu życia, kazał Go ubiczować i dopuścił do poniżania Chrystusa przez żołnierzy. Być może liczył, że wzbudzi w żądnym krwi tłumie litość, chociaż takie tłumaczenie nie brzmi wiarygodnie.

góra

* * *

.

PRZEMÓW MI DO SUMIENIA

Zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem...

Myślą:
Czy istnieją dla mnie obiektywne normy dobra i zła, czy też uważam, że wszystko zależy od subiektywnej oceny?

Mową:
Czy zdarzało mi się podważać w rozmowach wartość przykazań? Czy wyżej od nich nie stawiałem "nowoczesności"?

Uczynkiem:
Na ile staram się formować własne sumienie według obiektywnych norm moralnych? Czy poważnie traktuję wskazania Ewangelii?

Zaniedbaniem:
Kiedy ostatnio zrobiłem coś, co mogło mi pomóc dobrze ukształtować moje sumienie (dobra lektura, zastanowienie się nad sobą na modlitwie)?

góra

* * *

.

Jest prawda

Z ojcem Wacławem Oszajcą, jezuitą, duszpasterzem i poetą
rozmawia Jacek Dziedzina

Jacek Dziedzina: Jakiego koloru, zdaniem Ojca, jest Murzyn?

Wacław Oszajca SJ: - Oczywiście, że czarnego...???

Artur Schopenhauer miał więcej wątpliwości. Powiedział, że to zależy, bo jeśli spojrzeć na zęby, to jest biały.

- {Śmiech)

Czy często Ojciec mówi "to zależy"?

- Oczywiście. A zwłaszcza w konfesjonale, kiedy troszkę muszę być sędzią, i to takim, który ratuje człowieka przed nim samym. Okoliczności są niezmiernie ważne. Na przykład, ktoś kogoś zabił. Z tego wcale od razu nie wynika, że popełnił grzech, bo np. zrobił to absolutnie nieświadomie. Są takie przypadki. Zatem okoliczności zmieniają znaczenie naszych słów i czynów.

A może boi się Ojciec dokonywać jednoznacznych sądów?

- Boję się, bo nic nigdy nie jest czarno-białe. Nawet od strony prawnej. W sądzie jest też miejsce dla adwokata. Jest to nie tylko osiągnięcie cywilizacyjne, ale również wynika to z Ewangelii. Człowiek ma prawo do obrony i jest niewinny, dopóki mu się winy nie udowodni.

Kiedy zatem jednoznaczność w ocenie moralnej jest konieczna?

- Jeśli mówimy o zasadach. Ja nie mogę na przykład kwestionować Dekalogu. To są mądre podpowiedzi - jak mam myśleć i jak mam postępować. Natomiast kiedy dochodzi do działania, sytuacja się zmienia. Weźmy przykazanie "Nie kradnij". Jest oczywiste. Ale jeśli człowiekowi grozi śmierć z głodu, to już stara teologia mówiła, że ma prawo wziąć do jedzenia to, co jest mu potrzebne, ma prawo zabrać cudze mienie.

Ale czy nie jest tak, że zbytnim pobłażaniem wobec swoich decyzji, brakiem jednoznaczności otwieramy sobie furtkę do obojętności, a nawet do okrucieństwa?

- Może tak być. Człowiek ulega takiej pokusie, żeby wypierać jedne przykazania, nazywać je mniej ważnymi lub nawet lekceważyć i podporządkowywać sobie. Na przykład taka postawa: jeśli ktoś mi coś ukradnie, to mam prawo go zabić. Tutaj prawo własności staje się prawem najświętszym.

To taki ukryty relatywizm?

- To jest właśnie typowy relatywizm. Człowiek przyjmuje sobie jakąś wartość dla siebie najważniejszą i pozbywa się już odpowiedzialności za wszystko inne.

Gdzie szukać ostatecznego punktu odniesienia naszych decyzji?

- W dobru człowieka.

Człowiek jest miarą wszechrzeczy, jak chciał filozof Protagoras?

- Człowiek jest nie tylko miarą całego wszechświata, ale jest też kimś, komu ja mogę siebie poświęcić, i to rezygnując z własnego życia. Jest on nawet bardziej wartościowy niż ja sam dla siebie. Takie jest chrześcijaństwo.

Tym, którzy się zawiedli na człowieku, trudno będzie to przyjąć. Czy są takie normy, które wszyscy mogliby zaakceptować?

- Tak. Ale one sprowadzają się do tego, czy sprzyjają rozwojowi człowieka, czy sprzyjają mu jako istocie, która żyje w społeczeństwie, czy tworzą takie więzi, które pomagają mu wzrastać.

Czyli wierzy Ojciec w prawdę obiektywną dla wszystkich?

- Gotowej prawdy nie posiadamy, choć ona jest. Jesteśmy w stanie ją odczytywać. Przykazania są bardzo mocno zakotwiczone w ludzkiej naturze. Nasza natura to nie jest coś, co się wymknęło Panu Bogu z rąk. Jeśli człowiek trzyma się tego, co jedni nazywają Dziesięciorgiem Przykazań, a inni prawem naturalnym, to tym samym trzyma się Pana Boga.

Czy osoba odrzucająca Boga może odczytywać to naturalne prawo?

- Tak, oczywiście. Człowiek nie jest w stanie doprowadzić siebie do takiego zniszczenia, żeby zabić w sobie tak do końca rozum.

Każdy ma taką czerwoną lampkę?

- Jest coś tam, najgłębiej w człowieku, co w pewnym momencie się odezwie. Bywało tak, że najwięksi zbrodniarze potrafili uznać swój grzech. My tylko dzisiaj próbujemy wyzbyć się poczucia winy, wyleczyć się z niego i ze strachu, zagłuszyć sumienie.

Czy nie to właśnie prowadzi do relatywizmu moralnego? Każdy inaczej ocenia, bluźnierstwo nazywa się złym gustem, a grzech - wolnym wyborem. W jednej kulturze prawa człowieka są podstawą dla prawa, w innych - czymś zupełnie obcym. Jak tu mówić o jednym kodeksie moralnym?

- Tego się nie da zrobić inaczej jak przez dialog. Jedna i druga strona musi wiedzieć, że nie jest posiadaczem prawdy. Ma swoje mocne przekonania, musi ich bronić, ale zarazem jest otwarta na to, co ta druga strona przynosi. Musi być też założenie, że prawda nas wszystkich przewyższa.

Ale to łatwo przeradza się w taką miłą pogadankę, która nie prowadzi do odkrycia prawdy. Wszyscy są dla siebie mili, wzajemnie sobie przytakują - tolerancja.

- To prawda, ale też lepiej, żeby ludzie siedzieli i gadali niż do siebie strzelali.

Są przecież wyraźne podziały na przykład wobec kary śmierci, nawet wśród chrześcijan. Jakie kryteria tu stosować?

- Bardzo dobry przykład. Pierwsza wersja Katechizmu dopuszczała karę śmierci w szerszym aspekcie. Natomiast druga wersja i nauczanie Papieża nie pozostawiają wątpliwości, że kara śmierci mieści się pośród takich czynów jak eutanazja czy aborcja.

I jak tu nie być rełatywistą i wierzyć w uniwersalne zasady, skoro nawet Kościół ewoluuje w tak ważnych poglądach?

- Jesteśmy skazani na dochodzenie do tego, co jest prawdą również w sprawach moralności. Sumienie nie jest czymś gotowym, jakimś nagranym twardym dyskiem, które Bóg wmontował do naszego mózgu i my już wszystko wiemy, i wszystko potrafimy rozstrzygnąć.

Czy kolejne kompromisy, stopniowe zagłuszanie sumienia mogą doprowadzić nawet wierzącego człowieka do okrucieństwa?

- Owszem, ale to jest związane z czymś jeszcze innym: przejmowanie pewnych zwyczajów ze świata polityki. Nic tak nie szkodzi moralności jak przeniesienie mechanizmów demokracji na kwestie etyczne. Dochodzi do tego, że głosujemy nad tym, czy wolno zabijać, czy nie wolno.

Napisał Ojciec, że człowiek ciągłe żyje w napięciu między tym, jak powinno być, a tym, jak jest naprawdę. Czuje Ojciec takie napięcie?

- Oczywiście. Ono wzmaga się wraz z upływem lat, a jednocześnie trochę łagodnieje.

Staje się Ojciec coraz większym rełatywistą...

- (śmiech) Staję się człowiekiem łagodniejszym...

Wobec siebie czy wobec innych?

- I wobec siebie, i wobec innych, i wobec Pana Boga. Coraz bardziej widzę, że moje plany w ogóle się nie sprawdziły. Z drugiej strony widzę, że warto było się trzymać tego wozu, do którego się zaprzęgło. Widzę też, że sumienie jest czymś dużo bardziej realnym, niż można było przypuszczać. Sumienie nie pozwala nam, żebyśmy w miejsce Pana Boga cokolwiek innego wstawili. Sumienie sprawia, że prędzej czy później człowiek się rozczarowuje takim sztucznym bogiem, wiarą, Kościołem. Bez sumienia będziemy ciągle dreptać w miejscu i nieustannie pytać się: prawda to, czy nieprawda, kłamstwo to, czy nie kłamstwo...

góra

Następna strona

Tygodnik "Gość Niedzielny" Nr 8 - 25 luty 2007r.

Powrót

.