KATECHEZA O SUMIENIU 5.

.

Dobro - czynne sumienie

tekst ks. Tomasz Jaklewicz

Sumienie "zajmuje się" nie tylko złem. Można powiedzieć, że nie tyko gryzie. Sumienie zaprasza do dobra. Wskazuje do niego drogę. Przypomina, że człowiek może być bestią, ale może być także spełnieniem wizji Boga.

Sumienie "zajmuje się" nie tylko złem. Można powiedzieć, że nie tyko gryzie. Sumienie zaprasza do dobra. Wskazuje do niego drogę. Przypomina, że człowiek może być bestią, ale może być także spełnieniem wizji Boga.

"Zawsze chciałem dobrze" - mawiał Edward Gierek. Satyryk Jan Pietrzak komentował to zdanie z przekąsem: "Ideałem byłby władca, który zawsze chciałby źle, i też by mu się nie udało". Powiedzenie, że "dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane" zawiera słuszną intuicję. Nie wystarczą dobre chęci, aby nasze działania były naprawdę dobre. Co wobec tego rozstrzyga o tym, że ludzki czyn jest moralnie dobry?

Chcieć dobrze to za mało

Intuicyjnie czujemy, czym jest dobro. To coś jak znak jakości, jak plus, który stawiamy przy różnych sprawach: dobra pralka, dobry dzień, dobry film, dobra decyzja, dobre życie, dobry uczeń, dobry człowiek itd. Na czym polega dobry ludzki czyn? Kiedy możemy z czystym sumieniem postawić przy nim znak plus, a kiedy minus?

Katechizm mówi, że ocena moralna ludzkich czynów zależy od trzech elementów: przedmiotu działania, zamierzonego celu, czyli intencji, oraz okoliczności. Spróbujmy wyjaśnić rzecz po kolei:

Przedmiot działania (tzw. przedmiot moralny lub cel wewnętrzny) - to sedno danego czynu, czyli odpowiedź na pytanie, czym on właściwie jest. Na przykład: miłosierdzie jest z natury przychodzeniem z pomocą komuś w trudnej sytuacji, kłamstwo jest z natury wprowadzaniem kogoś w błąd, morderstwo jest z natury pozbawianiem życia itd. To obiektywna strona ludzkiego działania, która ma decydujący wpływ na ocenę, czy dany czyn jest dobry, zły lub obojętny moralnie.

Intencje - to wewnętrzne, subiektywne przekonanie człowieka, o co mu chodzi, co zamierza osiągnąć, jaki ma cel, robiąc to czy tamto. Człowiek może podejmować to samo działanie z różnych intencji, np. można wyświadczyć komuś przysługę, aby zyskać jego przychylność lub z bezinteresownej życzliwości. Intencja może wpłynąć na ocenę moralną czynu. Jakaś obiektywnie dobra czynność dzięki intencji może stać się bardziej lub mniej dobra, ale także zła, np. kiedy odwiedzam w szpitalu chorego szefa, ale moją intencją jest załatwienie sobie awansu, to wtedy czyn z natury szlachetny staje się obłudnym lizusostwem, czyli czymś złym. Dobra intencja nigdy nie sprawi, że zachowanie, samo w sobie złe, stanie się dobre (KKK 1753).

Okoliczności są drugorzędnymi elementami czynu moralnego. Wyrażają je pytania: kto, co, gdzie, jakimi środkami, dlaczego, w jaki sposób, kiedy? Okoliczności przyczyniają się do zwiększenia lub zmniejszenia dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej kwoty lub jałmużny). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności nie mogą jednak same z siebie zmienić jakości moralnej samych czynów; nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe (KKK 1754).

Aby ludzki czyn był moralnie dobry, trzeba postawić plus przy każdym z powyższych punktów, czyli konieczne są jednocześnie: dobry przedmiot, dobry cel i okoliczności świadczące o dobru.

Cel nie uświęca środków

Chrześcijaństwo odrzuca tzw. etykę sytuacyjną, która głosi, że jedynie dana sytuacja dyktuje człowiekowi, jak się ma zachować. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: "Błędna jest ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która je inspiruje, lub okoliczności... Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro" (KKK 1756).

Droga do dobra nie wiedzie przez zło. Dlatego nie wolno okradać bogatego, żeby nakarmić biedaka, ani podać trucizny umierającemu, aby skrócić jego cierpienia, ani zabijać dziecka w łonie matki, aby umożliwić jej skończenie studiów. Cel nigdy nie uświęca środków. Ta reguła z pozoru wydaje się sztywna i nieżyciowa. Jednak przyjęcie zasady przeciwnej, czyli "cel uświęca środki", pociąga zgubne konsekwencje. "Przyjmujemy wtedy - pisze ks. Tischner - że nasz umysł posiada władzę tworzenia dobra i zła etycznego. To, co dotąd było złe, staje się dobre, i wszystko w praktyce jest dozwolone. Himmler rozkazuje budować obozy śmierci dla dobra Rzeszy Niemieckiej. Dobro narodu to niewątpliwie dobry cel, a zatem obozy śmierci byłyby również dobre. Pewien człowiek chciał poślubić kobietę, którą kochał. Poślubić kobietę, którą się kocha, jest niewątpliwie rzeczą dobrą, ale on w tym celu morduje jej aktualnego męża. Gdyby cel uświęcał środki, to taka czynność byłaby również dobra. Dla dobrego celu moglibyśmy być okradani, oszukiwani, mordowani i nikt nie mógłby mieć do nikogo pretensji. Zamiast społecznego ładu mielibyśmy dżunglę, zamiast etyki - bezprawie". Odrzucenie przykazań, stałych zasad postępowania sprawia, że człowiek łatwo może stać się niewolnikiem własnych kaprysów, pragnień, nałogów, namiętności, nastrojów czy też idei.

Jednym z cennych drogowskazów do dobra jest także tzw. złota reguła. Podaje ją sam Jezus w Kazaniu na Górze: "Wszystko, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie" (Mt 7,12). W wersji popularnej ta zasada brzmi: "Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe". Złota reguła nakazuje stosować taką samą miarę do własnych czynów, jaką przykładamy do innych. Jest zaprzeczeniem niedojrzałej moralności, która głosi, że dobrze jest, gdy "Kali ukraść krowę", ale źle, gdy "Kalemu ukraść krowę". Sens złotej reguły tak streszcza etyk ks. Szóstek: "Jeśli naprawdę kochasz bliźniego i jeśli chcesz wiedzieć, co jest dlań naprawdę dobre - to wejrzyj w siebie, zastanów się, czego ty byś w tej sytuacji od innych oczekiwał. I to czyń".

Dobro musi być dobrowolne

Głos sumienia zaprasza do czynienia dobra. Zaprasza, a nie zmusza, niczego nie narzuca siłą. Przykazania nie są jakimś gorsetem, w który Bóg wpycha człowieka. Dobro jest owocem wolności. Jest czymś, co da się wybrać. Rosyjski filozof Bierdiajew pisze: "Wolność rodzi zło, ale bez wolności nie ma również dobra. Przymusowe dobro nie byłoby dobrem... Wolność czynienia zła jest warunkiem wolności czynienia dobra. Zlikwidujcie przemocą zło, a nic nie pozostanie dla wolności dobra. Oto dlaczego Bóg znosi istnienie zła. Wolność rodzi tragedię życia i cierpienie życia. Dlatego wolność jest trudna i surowa. Życie w wolności nie jest łatwym życiem".

Ludzkie wybory bywają trudne. Nie zawsze chodzi o wybór między dobrem a złem. Nieraz to problem wyboru większego dobra, rozpoznanie najlepszej opcji. Głos sumienia zagłusza często lęk o siebie. Czy czynienie dobra nie jest naiwnością? Czy można ciągle dawać innym? Czy coś zostanie dla mnie? Przypominamy bogatego młodzieńca z Ewangelii, który przyszedł z rozterkami swego życia do Jezusa. Jan Paweł II powracał wielokrotnie do tej sceny: "}}Nauczyciel dobry{{ wskazuje swemu rozmówcy - i nam wszystkim - że odpowiedzi na pytanie: }}co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?{{ nie można znaleźć inaczej, jak tylko kierując umysł i serce ku Temu, który }}sam jest dobry{{: }}Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg{{ (Mk 10,18). Tylko Bóg może odpowiedzieć na pytanie o dobro, ponieważ On sam jest Dobrem" (encyklika Veńtatis splendor, 9).

Sumienie sięga poza doczesny horyzont. Pokazuje drogę do Boga. Czyniąc dobro, choćby tak małe i zwyczajne jak podanie spragnionemu kubka wody, przybliżamy się do Tego, który jest samym Dobrem. Wytrwale, dzień po dniu, czyniąc to, co możliwe dziś. "Człowiek może być bestią, ale może być także spełnieniem wizji Boga. Przez uczynki dobroci staje się zwierciadłem Bożej miłości. Dobro i zło to wybór między życiem lub śmiercią" (A.J. Heschel). "Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Wybierajcie więc życie!" (Pwt 30,15.19).

góra

* * *

.

PRZEMÓW MI DO SUMIENIA

Zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem...

Myślą:
Czy życzę ludziom dobra? Czy cieszę się, gdy dobrze się powodzi sąsiadom, krewnym, z awansu kolegi z pracy? A może szczęście innych jest dla mnie powodem do frustracji?

Mową:
Zdarza mi się mówić na temat moich bliźnich. Czy częściej mówię o ich ułomnościach, czy o tym, z czego mogą być dumni? Kiedy ostatnio pochwaliłem moje dzieci, pracowników, współmałżonka, sąsiada? Czy była to pochwała bezinteresowna?

Uczynkiem:
Czy umiem wymienić uczynki miłosierdzia względem ciała i względem duszy? Czy staram się każdego dnia choć jeden z nich spełnić? Choćby była to "tylko" modlitwa za żywych czy zmarłych?

Zaniedbaniem:
Czynię czasem różne dobre postanowienia. Czy potrafię w nich trwać? Do ilu dobrych postanowień w ostatnim czasie już się zniechęciłem? Czy pamiętam o moim postanowieniu z ostatniej spowiedzi?

góra

* * *

.

Sumienie pod krzyżem

Przyglądając się ludziom, którzy stanęli na drodze krzyżowej Jezusa, skupiamy swą uwagę na tych, którzy przyczynili się do Jego męki. Ale przecież byli tam i inni. Była Matka Jezusa. Była Maria Magdalena. Był młody Jan Apostoł. A i w tłumie nie wszyscy karmili się nienawiścią i żądzą krwi.

Były tam płaczące niewiasty. Te kobiety na pewno nie cieszyły się z tego, co przeżywał Jezus. One płakały nad Jego losem. Współczuły Mu i pewnie niejedna próbowała współczuć z Nim. Czyniły minimum tego, co w tej sytuacji podpowiadało im sumienie. Czy Chrystus to zlekceważył? Nie. On, mimo cierpień, mimo bólu, mimo brutalności, z jaką był traktowany, dostrzegł i docenił ich postawę. Chrystus przyjął ten dobry uczynek, jaki wobec Niego czyniły.

Podczas drogi krzyżowej Chrystusa spotkał też Szymon Cyrenejczyk. Przymuszony do niesienia Chrystusowego krzyża nie szukał sposobności, aby jak najszybciej wymigać się od tego trudnego zadania. Doszedł z Jezusem aż na Golgotę.

Bywa, że pomagamy komuś nie dlatego, że tak dyktuje nam sumienie, ale na przykład dlatego, że tak wypada, że tego oczekuje od nas otoczenie. Wydawałoby się, iż takie dobre czyny nie mają wartości. To, co się zdarzyło Szymonowi z Cyreny, pokazuje, że każde dobro ma w oczach Boga wartość. Każde może być początkiem poruszenia sumienia.

góra

* * *

.

Bardzo dobry wywiad

Z ks. Tadeuszem Czakańskim (*)
rozmawia Marcin Jakimowicz

Marcin Jakimowicz: Rozmawiałem kiedyś z młodym, poranionym chłopakiem. Powiedział, że tylko Bóg widzi w nim dobro. Rodzice i koledzy ciągle mówią mu: jesteś zły.

Ks. Tadeusz Czakański: - To zależy od oczu, jakimi ktoś patrzy na świat i człowieka. Ojcowie Kościoła mówili, że wzrokiem Kościoła jest Duch Święty i że On pozwala zobaczyć Jezusa. Podobnie jest z dobrem. Bóg już na samym początku widział, że wszystko, co stworzył, jest dobre. Człowiek jest koroną stworzenia. To właśnie w Kościele możesz usłyszeć: jesteś dobry. Jasne, masz skażoną grzechem naturę, ale w swej istocie jesteś dobry. W głębi naszego serca zawsze pozostaje odciśnięty obraz dobrego Boga, na którego wzór zostaliśmy stworzeni... Ciało nasze jest świątynią Ducha Świętego, to dzięki Niemu widzimy dobro.

Mamy jednak solidną skorupę. Delikatności i czułości nie widać pod setkami masek ironii i agresji...

- Ale ciągle jest to jeszcze żywa skorupa, a nie maska pośmiertna. W każdej takiej skorupie są szczeliny, prześwity, pęknięcia. To wystarczy, by wpadł tam promień łaski. Wielkość Jezusa polegała na tym, że potrafił dostrzec dobro i w faryzeuszu, i w prostytutce. Chciał ratować każdego, bo kochał każdego. Przecież pytając Judasza: "Przyjacielu, po coś przyszedł", nie mówił tego z ironią, ale z pełną życzliwością! Chciał go ratować. Podoba mi się żydowski midrasz związany z Księgą Wyjścia. Mówi on o Żydach, którzy przeszli przez Morze Czerwone, cieszą się i skaczą z radości. Nagle widzą, że Pan Bóg jest smutny. - Czemu się smucisz? Odniosłeś wielkie zwycięstwo! - wołają. A Bóg odpowiada: martwię się z powodu Egipcjan, którzy po tonęli. To przecież też moje dzieci. On kocha największego grzesznika...

Kilka razy widziałem, jak podchodził Ksiądz z uśmiechem do obcych ludzi na ulicy i zagadywał ich. Widzi Ksiądz w nich dobro?

- Podchodzę do ludzi, bo jestem od urodzenia strasznie nieśmiały. To wychodzenie jest jedynym sposobem przezwyciężenia tej patowej sytuacji. Pan Jezus mówi, aby zaprzeć się samego siebie. Ktoś mi kiedyś powiedział, bym widział w każdym kandydata do jedności, więc próbuję...

Cadyk Widzący z Lublina mawiał: "Szatan nie tyle zabiega o grzech człowieka, ale o jego żal, że znów zgrzeszył i nie potrafi uniknąć grzechu. Wtedy łapie biedną duszę w sieci rozpaczy". Są ludzie tak zakręceni wokół swojego grzechu, że kompletnie nie dostrzegają wokół siebie dobra...

- Często zaczynam rozmowę z penitentami od słów: dobry człowieku. Powiedzmy sobie szczerze: diabeł nie przyjdzie do spowiedzi. Przyjdzie człowiek, który ma jakąś nadzieję, na coś czeka. Może być nawet bardzo wystraszony i zamknięty, ale skoro już podszedł, to jest to wielkie poruszenie dobra. Im większy grzesznik się nawraca, tym większa radość w niebie. Pamiętajmy też, że rachunek sumienia zaczyna się od pytania, co zrobiłem dobrego, a dopiero potem jest pytanie o zło. Diabeł zazdrości nam tego, że możemy się nawrócić. Dlatego zasnuwa wokół nas mgłę niejasności, podejrzliwości, kłamstwa. Wmawia: z ciebie już nic nie będzie. Jesteś do niczego. Przesłania nam kompletnie Dobrą Nowinę, że jesteśmy kochani. Przecież powołaniem człowieka nie jest "iść do diabła", jak niektórzy krzyczą. Człowiek idzie do nieba, do domu Ojca, do Boga.

Grzech promieniuje. Po wielu dniach czystości jedno potknięcie powoduje, że człowiek, zwłaszcza skrupulant, wpada w sidła rozpaczy.

- A co powtarzamy dzieciom? Codziennie musisz myć rączki, codziennie szorować zęby. Jeśli się pobrudzisz, to nie jest jeszcze koniec świata. Zanim człowiek się nauczy chodzić, musi kilkaset razy upaść. Najgorzej leżeć i nie prosić o pomoc w powstaniu. Powinniśmy chwycić za rękę Pana Boga i pozwolić, by uczył nas chodzić. Inaczej za takie samopotępienia się trzeba przepraszać Boga. Jeśli mówisz, że nikt ci nie pomoże, to możesz grzeszyć przeciw Duchowi Świętemu. Nikt, to nikt. A gdzie tu miejsce na łaskę Boga, ratunek Kościoła? Kościół to przecież święta wspólnota grzeszników i łódź ratunkowa dla każdego grzesznika...

Pewien ksiądz zażartował, że gdyby wywiesił na drzwiach kościoła tabliczkę "Wstęp tylko dla grzeszników", połowa łudzi wróciłaby obrażona do domu... Skąd się w nas bierze takie myślenie: on jest dobry, bo chodzi do kościoła.

- Kościół jest tylko dla grzeszników. Jezus mówił o tym wprost: nie przyszedłem powoływać sprawiedliwych, ale grzeszników. Kto mówi, że nie ma grzechu, jest kłamcą - pisze święty Jan. Skąd to fałszywe twierdzenie, że do Kościoła chodzą tylko "dobrzy" ludzie? Myślę, że z ukrytej pychy: z przekonania, że kiedy idę do Kościoła, to po to, by Bogu pokazać, że wreszcie jestem dobry, że już jestem doskonały. To pachnie obłudą na kilometr. To jest też często łatwe usprawiedliwianie się: do kościoła chodzą dobrzy ludzie, a ja - grzesznik - się tam nie nadaję, zostaję w domu z lęku lub fałszywej pokory.

Czy szczytem pychy nie jest zapytanie samego Boga: co jeszcze dobrego mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?

- Wie pan, na czym polegał błąd bogatego młodzieńca? Nie na tym, że nie potrafił sprzedać majątku, rozdać ubogim i pójść za Jezusem. On nawet nie zapytał, jak ma to zrobić. Nie powiedział: Jezu, nie potrafię, to jest dla mnie za trudne. Pomóż! Nie wszedł z Jezusem w dialog, zaprzestał modlitwy. Zwątpił. Nie uwierzył. Został sam.

Ojciec Pelanowski napisał wprost, że był opętany własną dobrocią.

- Tak. Sam chciał się zbawić, odkupić. I odszedł samotny i bardzo zasmucony...

Znajoma opowiadała: wyobrażam sobie, że po mojej śmierci na pogrzeb przyjdą tłumy. Ludzie będą płakali i mówili: Ależ ona by ta dobra... Przeraziła się tego... Czy dobro może stać się naszym bożkiem?

- Jasne. Jeśli uwierzymy, że to my jesteśmy źródłem dobra, że możemy być dobrzy o własnych siłach. Nasze powołanie jest wyraźne: potrzeba, byśmy się umniejszali, by Bóg mógł wzrastać. Świetnie wiedział o tym Jan Chrzciciel. Paweł poszedł jeszcze dalej: Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus. Na czym polega świadectwo chrześcijańskie? Przecież nie na opowiadaniu, co ja dobrego zrobiłem, ale na powiedzeniu, czego dokonał sam Bóg we mnie i przeze mnie. To On działa. Jezus mówi: Beze Mnie nic uczynić nie możecie. Niech ludzie widzą wasze dobre uczynki, ale niech potem chwalą mojego Ojca, nie was! To świetne pytanie do rachunku sumienia: czy czynię dobro, tak że ludzie chwalą od razu Boga? A może czekam, aż łaskawie przyjdą i podziękują? Może tak bardzo czekam na kwiaty, wierszyki i prezenty, że nie widzę już, że jestem sługą nieużytecznym. Ja czuję coraz częściej, że jestem starym, zardzewiałym drogowskazem. Może się jeszcze na coś przydam?

Przywołany już Widzący z Lublina mawiał, że woli grzesznika, który wie, że grzeszy, niż sprawiedliwego, który wie, że jest sprawiedliwy. Lubi Ksiądz ludzi chwalących się swoim dobrem?

- A kto ich lubi? Zawsze w takich przypadkach opowiadam historyjkę: młoda dziewczyna pyta się lustra: Lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie? A zwierciadełko na to: odsuń się, bo nie widzę...

* Ks. Tadeusz Czakański - doktor teologii pastoralnej, pasjonat historii sztuki, założyciel Grupy 33 dla dorosłych samotnych, rekolekcjonista

SUMIENIE RUSZYŁO
czytaj też na portalu www.wiara.pl

góra

Następna strona

Tygodnik "Gość Niedzielny" Nr 11 - 18 marca 2007r.

Powrót

.