4 sierpnia (dawniej 9 sierpnia) .

Świętego Jana Marii Vianney, proboszcza z Ars

(żył około roku Pańskiego 1859)

.

Żywot świętego Jana Marii Vianney, proboszcza z Ars

4 sierpnia (dawniej 9 sierpnia)
Żywot świętego Jana Vianney, proboszcza z Ars
(żył około roku Pańskiego 1859)

Życie tego świętego kapłana było prawdziwie apostolskie, pełne pracy i cnót, w łaski Boże nadzwyczaj obfite.

W strasznych czasach wielkiej rewolucji, gdy Francja jęczała jeszcze pod ciężarem najokrutniejszego prześladowania, kiedy burzono świątynie, zabijano kapłanów, a gilotyna pochłaniała tysiące ofiar, w Darchily, niewielkiej wiosce, o milę drogi od Lyonu, jaśniał cnotami mały Jan Vianney, syn biednych, ale pobożnych rodziców.

Gdy liczył cztery lata, zginął pewnego razu matce, która jak Maryja Jezusa, szukała go z sercem przepełnionym żałością; po długich poszukiwaniach znalazła go nareszcie, nie w świątyni wprawdzie, ale w najciemniejszym zakątku obory, klęczącego w wielkim skupieniu przy żłóbku. Jak Maryja, tak i ta pobożna matka, robiła małemu Janowi wyrzuty za przykrość, jaką jej wyrządził. Zakłopotane i zasmucone dziecię przepraszało ją za wyrządzoną przykrość, obiecując poprawę.

Gdy cokolwiek podrósł, kazano mu paść trzodę. Zauważono wtedy, że i przy tym zajęciu zawsze się modlił. W stosunkach z rodzicami, rodzeństwem i całym otoczeniem okazywał początki wielkich cnót, którymi później zajaśniał.

Zawsze oddany ćwiczeniom pobożnym i dobrym uczynkom, gdy dorósł zapragnął zostać kapłanem. Ukończywszy szkoły i seminarium, gdzie przyświecał kolegom jako wzór cnót, został w roku 1815 wyświęcony na kapłana. Przez dwa lata był wikarym w Ecully, gdzie najpiękniejszą po sobie zostawił pamięć, a potem proboszczem w Ars w południowej Francji.

W początkach i w pierwszej połowie XIX wieku wielu kapłanów gorliwie pracowało nad zacieraniem, śladów panowania nieprzyjaciół wiary za niedawno minionej rewolucji. Najgorliwszym pomiędzy nimi i najzasłużeńszym był ksiądz Vianney. Parafia w Ars, w tym czasie gdy ją obejmował, pogrążona była w największej nędzy duchowej. Cnota była tu mało znana, a jeszcze mniej wykonywana, prawie wszyscy zeszli z dobrej drogi i zaniedbali zupełnie troskę o zbawienie duszy.

Upominał ich święty proboszcz, nauczał, płakał nad nimi i modlił się za nich. Pan Bóg błogosławił pobożnym jego usiłowaniom, grzesznicy się nawracali, dobrzy stawali się lepszymi, a wielu zaczęło nawet wykonywać rady ewangeliczne. Ksiądz Vianney nauczał nie tylko przy konfesjonale i z ambony, ale w polu, na ulicy, pod strzechą domową, wszędzie i przy każdej sposobności. Ukochał swych parafian jak matka swoje dzieci. Poświęcił się im zupełnie, był uprzejmym, usłużnym, łaskawym dla wszystkich, nigdy nikomu serca ni grosza nie skąpił, i wszystkim co miał, służył parafii. Tak wszystkich do siebie przywiązał, że prawda, która ich dawniej przestraszała i odpychała, dzisiaj, nauczana przez ukochanego proboszcza, została uznana; sami teraz biegli naprzeciw niej, garnęli się do niej całą duszą. Tak pokochawszy swego pasterza, jednej się tylko rzeczy obawiali, to jest aby go czym nie zasmucić. Ta bojaźń silniej powstrzymywała ich od grzechu, aniżeli głos sumienia.

Ludzie z sąsiednich parafii śpieszyli do stóp świątobliwego kapłana, klękali przed jego konfesjonałem, słuchali jego nauk z kazalnicy i odchodzili pełni zachwytu i uwielbienia. Mówiono coraz głośniej o świętości księdza Vianney, a nawet o jego cudach, jakie miały się dziać za jego sprawą.

Inni księża, zaniepokojeni tymi niezwykłymi objawami, których pojąć nie mogli, a po części powodowani zazdrością, oskarżali księdza Vianney o niewczesną gorliwość i brak roztropności; niektórzy zabraniali swym parafianom spowiedzi u niego i pielgrzymek do Ars, głosząc publicznie z kazalnicy o ich szkodliwości i niebezpieczeństwie.

Wszystkie te niesprawiedliwe obwinienia znosił ksiądz Vianney z cierpliwością i pokorą, nie ustając w gorliwym spełnianiu swych obowiązków, księża jednak nie przestali go prześladować, a w końcu oskarżyli go przed biskupem jako nieroztropnie gorliwego i nieudolnego kapłana, pełnego przesady, dziwactw, śmieszności i przynoszącego w ten sposób więcej szkody niż pożytku Kościołowi.

Biskup okazał się roztropniejszym od nich. Przypuszczając, że ich doniesienia mogą być błędne, a podejrzenia nieuzasadnione, postanowił przed wydaniem sądu poznać księdza Vianney i od pierwszego widzenia pokochał go za jego prostotę, pobożność i pokorę. Odtąd stawał zawsze po jego stronie i wyrażał się o nim z wielką czcią i uwielbieniem. Prześladowania ze strony duchowieństwa ustały niebawem, ale nastąpiły inne ze strony świata, tego odwiecznego nieprzyjaciela cnoty i świętości. Ksiądz Vianney stał się ofiarą najniegodniejszych oszczerstw; obwiniano go o złe obyczaje, zasypywano bezimiennymi listami pełnymi obelg, rozwieszano paszkwile na murach plebanii, ale ten prawdziwie święty kapłan znosił to wszystko z bezprzykładną cierpliwością, pomny słów Zbawiciela: "Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem ich jest królestwo niebieskie".

Po ośmiu latach prześladowania ustały. Najzawziętsi przeciwnicy księdza Vianney stali się jego wielbicielami, a duchowieństwo, pozbywszy się zupełnie swych uprzedzeń, uczciło świątobliwego kapłana i pokochało go całym sercem.

Daleko i szeroko rozchodziła się sława świętości księdza Vianney, chociaż skromny i pokorny proboszcz wcale jej nie szukał. Tłumy ludzi rozmaitego stanu i stopnia wykształcenia z całej Francji i z innych krajów śpieszyły doń, aby go widzieć, słyszeć i łaskę Boską za jego pośrednictwem otrzymać, a on pocieszał nieszczęśliwych, krzepił słabych, nawracał niedowiarków i grzeszników, cudownie uzdrawiał chorych. Pielgrzymki te trwały lat trzydzieści, a nadzwyczajne cuda, które je spowodowały, w niczym nie ustępują tym, jakie znajdujemy w opisach dawnych żywotów Świętych.

Oto co mówi jeden z pielgrzymów:

"Od czasu, gdy miałem szczęście spowiadać się przed księdzem Vianney i przyjąć Komunię św. z jego rąk, czuję się tak szczęśliwym, że wszystkie troski życia stały mi się lekkimi".

Inny znowu opowiada: "Nie mogę wyjść z podziwu na wspomnienie tego, co widziałem
w Ars. Zrobiło to na mnie tak silne wrażenie, że zupełnie pozbyłem się niedowiarstwa. Dzieją się tam cuda: grzesznicy nawracają się, chorzy biorą uzdrowienie, ślepi widzą, głusi słyszą, chromi chodzą, rozmnaża się chleb, wino, zboże. Ten ksiądz Vianney to prawdziwy sługa Jezusa, prawdziwy Święty. Nigdy nie przestanę dziękować Bogu, że mię do Ars zaprowadzić raczył, bo jestem szczęśliwy, odzyskawszy wiarę i spokój duszy".

Pewien niedowiarek, świadek cudów księdza Vianney, przystąpiwszy do niego, rzekł: "Panie, chciałbym wierzyć, ale nie mogę. Co mam czynić?" - "Mój synu, - odrzekł święty kapłan" - "zbliż się do Boga, a Bóg zbliży się do ciebie. Łaska Jego oświeci twój umysł i uwierzysz, gdy się wyspowiadasz". Słowa te trafiły do serca młodego niedowiarka, upadł na kolana przed konfesjonałem i wyspowiadawszy się ze skruchą powstał zupełnie nawrócony.

W nauczaniu księdza Vianney, wzruszającym i pełnym naturalnej prostoty, była mądrość św. Augustyna i Tomasza z Akwinu, chociaż nie posiadał ani geniuszu, ani olbrzymiej wiedzy tych Ojców Kościoła, a jego pokora, miłosierdzie i życie ascetyczne stawiały go na równi ze św. Franciszkiem z Asyżu. Najwięcej czasu poświęcał słuchaniu spowiedzi, konfesjonał jego był w ciągłym oblężeniu, a ilu słabych na duszy spowiedź jego pokrzepiła, ilu nieszczęśliwych od rozpaczy uratowała i pocieszyła, ilu grzeszników i niedowiarków nawróciła, nikt tego nie policzy. Pomimo słabego zdrowia i cierpień, które znosił z bezprzykładną rezygnacją, nie zaniedbał umartwień i nie ustawał w pracy, aż w r. 1859 świątobliwy żywot równie świątobliwą śmiercią zakończył.

Zgon jego wywołał powszechny żal. Tłumy ludzi zbierały się u jego grobu, a liczne cuda dawały i dają świadectwo o świętości zmarłego kapłana.

Wkrótce po śmierci księdza Vianney Stolica Apostolska rozpoczęła proces nad badaniem życia i cudów zdziałanych za jego przyczyną. W poczet Świętych policzył go Ojciec św. Pius XI w roku 1925.

Nauka moralna

Św. Jan Vianney to przepiękny przykład i wzór dla każdego kapłana katolickiego, a szczególnie dla proboszczów. Jan Vianney, chociaż nie odznaczał się ani silnym zdrowiem fizycznym, ani wielkimi zdolnościami umysłowymi, dokonał przecież wielkich dzieł na ziemi, jako skromny proboszcz w biednej, zaniedbanej parafii, którą podniósł duchowo bardzo wysoko.

Tego wielkiego dzieła dokonał nie tylko słowem, ale i czynem, bo sam prowadził życie bardzo umartwione, wyzbywając się wszelkich wygód, aby tylko móc pomagać biednym. Szczególnie odznaczał się gorliwością w nawracaniu grzeszników, w czym i Bóg mu szczodrze błogosławił, bo nawet najzatwardzialsi grzesznicy pod wpływem jego zbawiennych słów nawracali się i czynili pokutę.

Toteż zupełnie słusznie Ojciec św. Pius XI powiedział w homilii podczas kanonizacji tego Świętego, że tylko Duch św. może w cudowny sposób z człowieka nawet nieuczonego uczynić najzdolniejszego rybaka ludzi.

Spośród wielu cnót, którymi jaśniał św. Jan Vianney, na pierwszy plan wysuwa się cnota wielkiej pracowitości jako duszpasterza. Lwią część dnia, a często i nocy poświęcał on słuchaniu spowiedzi.

Św. Jan Vianney jest pod każdym względem jednym z najbardziej przystępnych wzorów do naśladowania dla kapłanów, zajmujących się pracą parafialną, tym bardziej, że działo się to wszystko w bardzo bliskich nam czasach i pod względem warunków zewnętrznych bardzo do dzisiejszych podobnych.

Daj nam Boże dzisiaj więcej takich kapłanów-proboszczów, a zło moralne, które rozlało się jak morze po całej ziemi, szybko zniknie, ustępując miejsca cnotom chrześcijańskim.

Modlitwa

Boże wszechmogący, błagam Cię i proszę pokornie ze względu na zasługi, świątobliwe życie i gorliwość sługi Twego Jana, ażebyś po wieki wieków raczył darzyć Kościół święty kapłanami, którzy by żarliwie bronili Twej chwały i pod każdym względem służyli za przykład owieczkom powierzonym ich pieczy. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w niebie i na ziemi. Amen.

Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku - Katowice/Mikołów 1937r.

góra

.

Błogosławiona powinność człowieka: modlić się i miłować

Pamiętajcie, dzieci moje: skarb chrześcijanina jest w niebie, nie na ziemi. Dlatego gdzie jest wasz skarb, tam też powinny podążać wasze myśli.

Błogosławioną powinnością i zadaniem człowieka jest modlitwa i miłość. Módlcie się i miłujcie: oto, czym jest szczęście człowieka na ziemi.
Modlitwa jest niczym innym jak zjednoczeniem z Bogiem. Jeśli ktoś ma serce czyste i zjednoczone z Bogiem, odczuwa szczęście i słodycz, które go wypełniają, doznaje światła, które nad podziw go oświeca. W tym ścisłym zjednoczeniu Bóg i dusza są jakby razem stopionymi kawałkami wosku, których już nikt nie potrafi rozdzielić. To zjednoczenie Boga z lichym stworzeniem jest czymś niezrównanym, jest szczęściem, którego nie sposób zrozumieć.

Nie zasługujemy na dar modlitwy. Ale dobry Bóg pozwolił, abyśmy z Nim rozmawiali. Nasza modlitwa jest najmilszym dlań kadzidłem.

Dzieci moje, wasze serce jest ciasne, ale modlitwa rozszerza je i czyni zdolnym do miłowania Boga. Modlitwa jest przedsmakiem nieba, jest jakby zstąpieniem do nas rajskiego szczęścia. Zawsze przepełnia nas słodyczą; jest miodem spływającym do duszy, który sprawia, iż wszystko staje się słodkie. W chwilach szczerej modlitwy znikają utrapienia jak śnieg pod wpływem słońca.

Modlitwa sprawia także, iż czas mija tak szybko i tak przyjemnie, że nawet nie zauważa się jego trwania. Posłuchajcie: Kiedy byłem proboszczem w Bresse, zdarzyło się, iż prawie wszyscy okoliczni proboszczowie zachorowali. Pokonywałem wówczas pieszo duże odległości, modląc się stale do Boga, i zapewniam was, wcale mi się nie dłużyło.

Są tacy, którzy jak ryby w falach całkowicie zatapiają się w modlitwie. Dzieje się tak dlatego, że całym sercem są oddani Bogu. W ich sercu nie ma rozdwojenia. O, jakże miłuję te szlachetne dusze! Święty Franciszek z Asyżu i święta Koleta oglądali naszego Pana i rozmawiali z Nim, podobnie jak my rozmawiamy między sobą.

My natomiast, ileż to razy przychodzimy do kościoła nie wiedząc, jak się zachować ani o co prosić? Kiedy idziemy do kogoś, wiemy dobrze, po co idziemy. Co więcej, są tacy, którzy zdają się mówić do Pana: "Powiem kilka słów, żeby mieć już spokój". Myślę często, że gdy przychodzimy, aby pokłonić się Panu, otrzymamy wszystko, czego pragniemy, jeśli tylko poprosimy z żywą wiarą i czystym sercem.

MODLITWA
Módlmy się. Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty obdarzyłeś świętego Jana Marię godną podziwu gorliwością apostolską, + spraw, abyśmy za jego przykładem i wstawiennictwem * przez chrześcijańską miłość zyskiwali dusze braci dla Ciebie i razem z nim osiągnęli wieczną chwałę. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, + który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, * Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

Z katechezy św. Jana Marii Vianneya, kapłana
(Catechisme sur la priere:
A. Monnin, Esprit du Cure d'Ars, Paris 1899, 87-89)

Źródło: brewiarz.pl - Godzina czytań z dn. 4.08.2015r.
wspomnienie św. Jana Marii Vianney'a

góra

.

<< wywołanie menu święci i błogosławieni