teologia po Studencku

Czy święci balują w niebie?

Monika ma u nas w akademiku opinię superradykalnej dziewczyny. Dla niej wszystko musi być jednoznaczne i klarowne. Ostatnio, w ramach popularnych kominkowych spotkań, trafiła do naszego pokoju z wielkim zmartwieniem. "Wyobraźcie sobie, że wszyscy jak gdyby nigdy nic, zachwycają się piosenką Budki Suflera o tym, że święci balują w niebie - skarżyła się zbolała.- Dla mnie to jest wielkie nadużycie. Jak można świętych łączyć z jakimś tam balowaniem?!". Wszystkich nas mocno zdziwił protest Moniki. Jakoś dotąd nikt nie czuł, że ta popularna piosenka może naruszyć czyjeś uczucia religijne. "Co w takim razie, według ciebie, robią ci wszyscy święci z nieba?" - zapytał Marcin. Monika, niewiele się zastanawiając odpowiedziała. "Jak to co? Święci się wstawiają!",/i> - odpowiedziała z powagą. Takie stwierdzenie rozbawiło wszystkich. W żargonie studenckim lepiej brzmi to, że ktoś "baluje", niż że się "wstawia". Kiedy opuściła nas ta żonglerka słowna, rozpoczęła się poważna dyskusja teologiczna. "Bez względu na opinie o piosence Budki Suflera warto się zastanowić na czym polega ta radość wszystkich zbawionych. Mógłby to być dla nas niezły motyw do realizowania naszej świętości" - zabrał głos Wojtek.
Rozpoczęło się zbieranie teologicznych sugestii na temat szczęścia w niebie. Padały bardzo górnolotne stwierdzenia o tym, że już samo oglądanie Pana Boga to dla świętych radość tak nieskończona, jak studnia bez dna. Ktoś nawet próbował uzasadniać, że w niebie na pewno nie jest nudno, bo sam Bóg jest tak nieskończony, że można wchodzić z Nim w coraz głębszą przyjaźń przez całe trwanie w wieczności. "Szczęście - nawet na ziemi, polega na rozwoju, a tam w niebie nie może być przecież tylko samo błogie lenistwo, tam trzeba się pewnie nieustannie rozwijać w poznawaniu Pana Boga?" - dokumentował pojęcie niebiańskiego szczęścia Wojtek. "Słyszałam, że św. Tereska od Dzieciątka Jezus, gdy umierała, zabraniała się modlić za swój wieczny odpoczynek. Twierdziła, że w niebie nie zamierza odpoczywać, tylko pomagać wszystkim tym, którzy pozostali na ziemi" - opowiedziała nam o tym Ewka. Dyskusja zabrnęła w takie głębiny naszej wyobraźni, iż poczuliśmy, że odkrywamy jakieś nowe horyzonty szczęścia. W każdym razie nie doszliśmy do żadnych jednoznacznych wniosków. Wszystkie pomysły na sposób przeżywania radości przez świętych wydawały nam się jakimś małym okruchem własnych wyobrażeń, a to, co było piękne w tej dyskusji, to odkrycie, ile pokoju i czystej radości musi być w takich niebiańskich klimatach.
Jedynym podsumowującym rozwiązaniem był pomysł, aby zajrzeć do dyskoteki w klubie mieszczącym się w akademiku na parterze. Ledwie weszliśmy na salę poczuliśmy niemały zawrót głowy. Zawiesina z dymu papierosowego była tak gęsta, że trudno było wytrzymać bez ciągłego odkrztuszania. Ale to było niczym wobec szaleńczej muzyki w stylu techno. Młodzi ludzie na parkiecie dostosowywali swoje ruchy ciała do rytmu muzyki. Nie było w tym nic pięknego i zachwycającego, a jedynie przypadkowe wpadanie na siebie i uderzanie jeden drugiego. W każdym kącie stali młodzi chłopcy "ciągnący z gwinta" kolejną butelkę piwa. Oślepiający reflektor odbijał na ścianie przeźrocza ze zdjęciami zbrodni i gwałtów. Uciekliśmy stamtąd po niecałych dziesięciu minutach i wróciliśmy do ciszy naszych kominkowych dyskusji. "Chyba się zestarzeliśmy, panowie! - stwierdził Marcin. - Gadamy tu o świętych, a na dole małolaty szaleją ile wlezie". "Wcale nie - odezwała się Monika. - Nawet jeśli to sprawa naszej starości, to dziękuję Panu Bogu za taką starość. Dzięki tej koszmarnej wycieczce jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że radość świętych to coś zupełnie innego niż to współczesne balowanie". Warto niekiedy pomyśleć o niebie, żeby z tej perspektywy zobaczyć to, co robimy na ziemi. Czasem to naprawdę piekielnie wygląda.

Łukasz

"Niedziela Młodych" Nr 2/2002 - bezpłatny dodatek Tygodnika Katolickiego "Niedziela"

góra

Powrót