Wracamy do Średniowiecza .

Gospodarka

  1. Pierwsi ekonomiści
  2. Bank zamiast sakiewki
  3. Gildie i cechy

.

Pierwsi ekonomiści

Inflacja, podaż, popyt. Te pojęcia mało kojarzą się ze średniowieczem. Niesłusznie. Początków naszej dzisiejszej ekonomii musimy szukać w tej epoce.

W XV wieku na uniwersytecie w hiszpańskiej Salamance naśladowcy św. Tomasza z Akwinu (który w "Summie teologicznej" podjął kilka istotnych zagadnień ekonomicznych) poszukiwali wyjaśnienia pełnego zakresu ludzkiego działania i organizacji społecznej. W większości byli dominikanami uprawiającymi scholastyczną teologię moralną. Przy okazji odkrywali i wyjaśniali znane współcześnie chyba każdemu prawa podaży i popytu, czy też poszukiwali przyczyn inflacji. Z tych wszystkich powodów wybitny ekonomista dwudziestowieczny Joseph Schumpeter wysławiał ich jako pierwszych prawdziwych ekonomistów.

Późni scholastycy hiszpańscy chwalili znaczenie przedsiębiorczości dla społeczeństwa, bronili wolności gospodarczej. Zawzięcie sprzeciwiali się podatkom, kontroli cen i regulacjom dławiącym przedsiębiorczość. Byli obrońcami praw własności oraz wolności zawiązywania umów i handlu. Utrzymywali, że chociaż własność prywatna jest zgodna z prawem naturalnym, nie jest przez nie ufundowana. Jednym z najbardziej ulubionych argumentów późnych scholastyków był ten, który głosił, że prywatna własność jest jednym ze sposobów stworzenia pokojowego społeczeństwa, a ponadto umożliwia bardziej produktywną ekonomię.

Św. Tomasz z Akwinu uważał, że własność prywatna przyczynia się do większej pracowitości ludzi, ponieważ każdy lepiej stara się o to, co należy do niego, niż o wspólne dobro. Własność prywatna to także porządek w życiu społecznym oraz pokój społeczny. Z drugiej strony człowiek jest tylko chwilowym - tu na ziemi - dzierżawcą dóbr. Dlatego ma obowiązek dzielenia się nadwyżkami dochodów z ludźmi potrzebującymi pomocy.

Lista średniowiecznych uczonych zajmujących się problemami z pogranicza ekonomii i polityki - dzięki gruntownym badaniom - bardzo się w ostatnich latach wydłużyła. I co ciekawe, w większości prezentują oni poglądy zbliżone do późniejszych tzw. ekonomistów klasycznych: Adama Smitha, Frederica Bastiata, czy nawet Ludwiga von Misesa. Na przykład Jan Buridan, rektor uniwersytetu w Paryżu, żyjący w XIV wieku, kładł fundamenty pod współczesną teorię pieniądza. Z kolei jego uczeń - biskup Lisieux, Mikołaj Oresme - był "pierwszym monetarystą". Oresme krytykował praktykę "psucia pieniądza" poprzez pomniejszanie jego wartości (czyli kucie złotych monet z coraz większą domieszką metali nieszlachetnych), tym samym dowodząc jak szkodliwa jest inflacja. W słynnym "Traktacie o powstaniu, charakterze, prawie i zmianach pieniądza" wykazał, że popularne wśród średniowiecznych władców bicie monety nominalnie wartej więcej niż w rzeczywistości psuje zaufanie społeczne, rujnuje gospodarkę, handel i prowadzi do powszechnej biedy.

Denary krakowskie pokryły koszty wyprawy
Władysława Warneńczyka, ale spowodowały wielką inflację

.

Bank zamiast sakiewki

Bankierzy genueńscy

Czy średniowiecze to przede wszystkim zastępy nędzarzy albo zakony żebracze i opisany przez Umberta Eco w "Imieniu róży" spór o to, czy Pan Jezus miał na własność szatę, którą nosił? Czy to prawdziwy obraz średniowiecza?

Trzeba sobie uzmysłowić, jak poważnym problemem dla ówczesnych ludzi była kwestia odpowiedzialności moralnej w życiu gospodarczym. Najwięcej kontrowersji już wtedy budził pieniądz. Status społeczny wiązał się bowiem coraz częściej z umiejętnością bogacenia się. Powracało więc pytanie, czy bogacz może być zbawiony?

Odpowiedź - twierdzącą - znano już co najmniej od czasów Klemensa Aleksandryjskiego. Niemniej mówił on o konieczności dzielenia się tym, co zbywa. Z drugiej strony zajmowano się intensywnie poszukiwaniem ceny sprawiedliwej. W efekcie uznano za taką... cenę rynkową, czyli ustalaną przez nabywców i sprzedających.

 

Szeląg elbląski przeliczano
na półgrosze po płynnym kursie

Tymczasem rozwój handlu, rosnące potrzeby ludności różnych stanów, doprowadziły do powstania nowego zawodu: bankiera. Był to ktoś zajmujący się udzielaniem pożyczek na procent, dlatego nazywano go raczej lichwiarzem. Był on, jak pisze Jacques Le Goff w świetnej książce "Sakiewka i życie. Gospodarka i religia w średniowieczu", z jednej strony niezbędny, wręcz pożądany, a z drugiej znienawidzony, potępiony, i jednocześnie potężny. W pierwszym odruchu Kościół potępiał lichwę, jako bogactwo źle nabyte, bo "pieniądz nie rodzi pieniądza". Stopniowo jednak odkrywano, że pożyczki (o ile nie zawierają podstępnych klauzul, rujnujących kredytobiorcę) nie są złe same w sobie. Dają bowiem wiele korzyści, a są przy tym obarczone sporym ryzykiem. I to ryzyko właśnie stało się usprawiedliwieniem i dla pobierania procentu. Godziwego - dodajmy. Jak przekonywał św. Tomasz z Akwinu, procent jest rodzajem wynagrodzenia i zabezpieczenia za ryzyko.

 

Półgrosz polski "koronny" był najpowszechniej używaną monetą za panowania Kazimierza Jagiellończyka

Jednymi z pierwszych "bankierów" byli już... templariusze. Udający się w XI i XII wieku na wyprawę krzyżową rycerze oraz pątnicy obawiali się podróży z trzosem monet. Mogli zostać przecież obrabowani albo utracić pieniądze w inny sposób. Templariusze tymczasem umożliwiali bezpieczne podejmowanie pieniędzy wszędzie tam, gdzie zakon rycerski miał swoje domy. Podróżny wpłacał po prostu pieniądze np. we Francji, otrzymywał poświadczenie (rodzaj weksla), a po przybyciu do Jerozolimy zgłaszał się do zakonników, którzy - niczym dzisiejszy bankomat - wypłacali mu bezpiecznie przechowywane pieniądze.

.

Gildie i cechy

Pierwsza wzmianka o korporacji zawodowej, będącej zalążkiem samorządności gospodarczej, pochodzi z IX w. i dotyczy związku kupieckiego w Barcelonie. Związek ten nosił nazwę Consulado del Mar i zrzeszał kupców zajmujących się handlem morskim w basenie Morza Śródziemnego.

Gildie z kolei zawiązywano dla zabezpieczania jej członkom drogi na rynek oraz porozumienia w sprawie miar, wag, cen i przywilejów handlowych dla miast. Gildie kupieckie stawały się z czasem zaczątkiem związku miast, tzw. hanzy.

Inną - konkurencyjną - rolę pełniły cechy. Były związki rzemieślników, czyli podstawowych wytwórców, dzięki którym napędzana była machina ekonomiczna tamtych czasów. Gwarantowały przede wszystkim odpowiedni poziom zawodowy i moralny swych członków. Przyjęcie do cechu następowało po egzaminie praktycznym. Starsi cechowi oceniali staranność i technikę wykonania. W cechu obowiązywała ścisła hierarchia; najniżej stał uczeń, później i towarzysz, czyli czeladnik, a najwyżej mistrz. Ten dopiero mógł być wybrany starszym cechu, czyli cechmistrzem.

Przynależność do cechu wiązała się z licznymi obowiązkami - powszednimi, ale i świątecznymi. Fundowali wyposażenie świątyń i podejmowali dzieła miłosierdzia. W razie niebezpieczeństwa wystawiali oddział do obrony miasta. Za Kazimierza Jagiellończyka cech garncarzy ze Lwowa miał nawet własną basztę. To świadczyło o jego dużej randze i zamożności.

Prawo cechowe regulowało pracę mieszkańców miast. Cechy tworzyły też różnego rodzaju kasy zapomogowe, których fundusze służyły do wspomagania członków cechu: wdów po zmarłych mistrzach, biednych czeladników i uczniów, członków dotkniętych nieszczęściem, np. kalectwem, chorobą, pożogą itp. W Elblągu wypłacano wdowie ćwierć sumy, którą w ciągu pół roku zarobiłby jej mąż. Wdowy zachęcano do ponownego zamążpójścia, a nowym mężom przyznano prawo do podjęcia pracy wykonywanej przez poprzedniego męża.

góra

Następna strona

Powrót