Wracamy do Średniowiecza .

moralność i dobroczynność

  1. Ubogi jak Chrystus
  2. Szlachetni rycerze

.

Ubogi jak Chrystus

W średniowiecznych miastach z pomocy charytatywnej korzystała jedna trzecia ludności. Na wsiach klasztory przeznaczały jedną czwartą dochodów na pomoc ubogim.

Cokolwiek uczyniliście bratu memu najmniejszemu, Mnieście uczynili - te słowa Chrystusa ludzie średniowiecza brali sobie głęboko do serca. W żadnej innej epoce dobroczynność nie była tak bardzo rozwinięta, jak właśnie w wiekach średnich.

Droga do nieba

W średniowieczu ludzie zamożni wierzyli, że tylko jałmużnami mogą odkupić swe grzechy.

Dla nas dziś ubóstwo to problem, który chcemy zlikwidować. Człowiek średniowiecza myślał inaczej. Ubodzy pełnili w jego świecie ważną rolę i byli szanowani. Chrystus był wszak ubogi. Tysiąc lat temu ludzie obawiali się, że gromadząc dobra materialne, oddalają się od nieba. Swoje lęki łagodzili, dając bardzo duże jałmużny. W ten sposób chcieli też odkupić swoje grzechy.

Dotacje dla klasztorów były bardzo duże między innymi właśnie dlatego, że klasztory prowadziły działalność dobroczynną na wielką skalę. Już na początku średniowiecza, w najtrudniejszych pod względem poziomu życia czasach, przy klasztorach istniały tzw. matrykuły, spisy biedaków, którym klasztory pomagały stale. Oprócz tego mnisi codziennie rozdawali żywność wszystkim, którzy się zgłosili. Klasztory benedyktyńskie po tzw. Reformie Cluny przeznaczały na rozdawanie żywności jedną czwartą swych dochodów.

Szpitale, przytułki, sierocińce

we Wrocławiu zachował się budynek średniowiecznego szpitala

W każdym, nawet małym średniowiecznym mieście istniał szpital, w większych miastach było ich nawet kilka. Szpital był instytucją całkowicie bezpłatną, utrzymywaną przez Kościół, dzięki hojności całego społeczeństwa. Szpital średniowieczny był połączeniem szpitala, przytułku i hospicjum. Panowała w nim czystość, a wyżywienie było dobre. Zakonnice i zakonnicy opiekowali się chorymi. Śladem tej tradycji jest to, że do pielęgniarki zwracamy się dziś "siostro".

Prof. Bronisław Geremek obliczył, że pod koniec średniowiecza w Paryżu jedna trzecia mieszkańców korzystała z pomocy charytatywnej. To było kilkadziesiąt tysięcy ludzi! W wielu miastach istniały jadłodajnie. Sierotami opiekowały się osobne instytucje. Koszt wychowania dzieci porzuconych przez rodziców brali na siebie proboszczowie poszczególnych parafii. W paryskiej katedrze Notre-Dame stało łóżko, zachęcające do pozostawienia na nim niechcianego dziecka.

Los trędowatych

Wciąż pokutuje opinia, że trędowaci w średniowieczu byli wyrzucani z miast i pozostawieni swemu losowi. Rzeczywiście, nie pozwalano im mieszkać w mieście ani przebywać w dużych skupiskach ludzi. Musieli nosić specjalne stroje, rękawiczki i kołatkami ostrzegać o swej obecności. Chodziło jednak tylko o ograniczenie rozprzestrzeniania się choroby. Chorych darzono szacunkiem i starano się im ulżyć w ich cierpieniach. Leprozoria, czyli osiedla trędowatych, budowano tylko 200-300 metrów od miast. Odprowadzenie trędowatego do leprozorium poprzedzone było uroczystą Mszą. W leprozoriach warunki było dobre, chory mógł zabrać tam ze sobą swój dobytek. Przy leprozoriach budowano kaplice i przydzielano kapelana. Ochotnicy otaczali chorych opieką. Leprozoria były stale dofinansowane przez Kościół i władze miejskie.

.

Szlachetni rycerze

Rycerski wobec dam, stawiający honor na pierwszym miejscu, opiekun wdów i sierot. Styl życia średniowiecznego rycerza wciąż wydaje się godny podziwu.

Rycerz musiał w zasadzie być "dobrze urodzony", chociaż można było zostać pasowanym na rycerza za szczególne sukcesy bojowe, lub po prostu nabyć ten przywilej. Rycerz miał promieniować urodą i wdziękiem. Urodę tę podkreślał zwykle strój, zdobiony złotem i drogimi kamieniami, oraz odpowiednia zbroja i uprząż.

 

.

.

Rycerzy już nie ma, ale rycerskość wciąż jest synonimem szlachetnego i honorowego postępowania

- Od rycerza oczekiwano, by był nieustannie zaprzątnięty swoją sławą - zauważa Maria Ossowska. Sława zaś wymagała ciągłej próby. Yvain, rycerz z lwem z opowieści Chretien de Troyes, nie może zostać przy świeżo poślubionej żonie. Musiał wędrować w poszukiwaniu okazji do walki. "Skoro tu wojna, tu zostanę" - powiada sobie rycerz w innej balladzie. Jeżeli wojny nie ma, to wędruje się dalej, wyzywając pierwszego napotkanego jeźdźca dla ustalenia właściwej hierarchii, w której pozycja zależy od ilości i jakości rycerzy pokonanych. Pewien rycerz musiał się zmierzyć z nieznanym przeciwnikiem tylko dlatego, że jego sława zazdrośnie kąsa mu serce. Dlatego też rycerz musi być odważny.

Nieustanne zabieganie o pierwszeństwo nie stało na przeszkodzie przedziwnej solidarności. Pokonani wrogowie po bitwie byli podejmowani na ucztach. Gdy w bitwie w 1389r. Anglików dziesiątkowały głód i dezynteria, szli leczyć się u Francuzów. Wykurowani wracali i bitwa toczyła się na nowo. W czasie walk między Frankami i Saracenami jeden z najlepszych rycerzy Karola Wielkiego, Ogier, zwany Duńczykiem, wyzwany został na pojedynek z rycerzem Saracenów. Gdy Saraceni podstępem schwytali Ogiera, jego przeciwnik, nie aprobując tej metody, oddał się Frankom w niewolę, by uwolnić Ogiera na drodze wymiany.

O chwale rycerza decydowało nie tyle zwycięstwo, ile to, jak walczył. Walka mogła bez jego ujmy kończyć się klęską i śmiercią tak, jak i rzecz się miała z Rolandem. Z kolei zabijanie wroga nieuzbrojonego okrywało rycerza hańbą. Lancelot, rycerz bez skazy, nie mógł sobie darować tego, że w zamęcie bitwy zabił dwóch nieuzbrojonych przeciwników Przewidywał on, że będzie ten czyn wyrzucać sobie aż do śmierci i zapowiadał pieszą pielgrzymkę, w zgrzebnej koszuli, dla odpokutowania.

Urokowi rycerskiego ideału uległ na początku XIII wieku syn asyskiego kupca Jan Bernardone. Majętny handlarz tkanin kupił synowi zbroję, wyposażył konia i zezwolił na udział w wyprawie wojennej przeciwko Perugii. Zamiast chwały na polu bitwy Jana spotkała jednak kilkunastomiesięczna niewola. Po oswobodzeniu młodzieniec nie porzucił marzeń o rycerstwie. Szlachetną służbę kontynuował jednak nie za pomocą kopii i miecza. Został najsłynniejszym rycerzem ducha, lennikiem Chrystusa wśród ubogich i zapomnianych, a przy tym trubadurem Bożej miłości. Znamy go dziś pod imieniem, którym wołał go ojciec rozmiłowany we Francji - Francesco, czyli "Francuzik". Św. Franciszek z Asyżu marzył o udziale w krucjacie. Niezwykła to jednak była wyprawa. W 1219 roku w Egipcie spotkał się z sułtanem Malek El-Ka-melem (na ilustracji obok). Zamiast miecza dzierżył krzyż, jego jedyną zbroją było słowo pokoju i braterstwa. Sułtan był ponoć o krok od nawrócenia.

góra

Następna strona

Powrót