KATECHEZA O SUMIENIU 1.

.

Sumienie ruszyło

Sumienie? A co to właściwie jest? Kiedy zrobimy jakieś świństwo, prawie natychmiast daje znać o sobie.
Gryzie, uwiera, niepokoi, boli. Mówimy: ruszyło nas sumienie.

tekst ks. Tomasz Jaklewicz

Jeśli zdradziłem żonę, to wtedy wiem, że powinienem zerwać kontakt z kochanką i ratować swoje małżeństwo. Jeśli ukradłem, to wiem, że powinienem zwrócić. Jeśli ktoś woła na ulicy: "ratunku!", to wtedy wiem, że powinienem mu pomóc, choć akurat strasznie mi się spieszy. Jeśli..., to powinienem... itd.

Przykładów tego typu można podawać nieskończenie wiele. Każdy człowiek słyszy ten głos. Jedni głośniej, inni ciszej, niektórzy udają, że nie słyszą lub świadomie go zagłuszają. Ten głos wciąż podpowiada, co należy czynić, a czego unikać. To przeżycie powinności, zobowiązania, którego nikt z zewnątrz mi nie narzuca. Ten głos dociera do człowieka gdzieś z wnętrza. Mówimy - to sumienie. No dobrze, ale czym ono właściwie jest? Jak działa? Czy to głos rozumu, serca, intuicji, psychiki...? A może Boga? Czy sumienie może się mylić? Co wtedy, gdy sumienie mówi mi co innego niż autorytety (przełożony, rodzice, nauczyciele, Kościół itd.)? Pytań jest wiele, odpowiedzi jeszcze więcej.

Wbrew pozorom nie chodzi tu o jakąś czysto teoretyczną wiedzę. Gra toczy się o najwyższą stawkę. Pytając o sumienie, pytamy w gruncie rzeczy o to, jak żyć. Pewnie dlatego sprawa sumienia jest fascynująca, i ważna. Filozof Immanuel Kant mawiał, że tylko dwie rzeczy wprawiają go w zdumienie: niebo gwiaździste nad nami i prawo moralne w sercu. Jest nad czym pomyśleć, jest o co walczyć.

Busola i ster

Sumienie można porównać do okrętowej busoli, która pokazując, gdzie jest północ, południe, wschód i zachód, pozwala obrać kapitanowi właściwy kurs. Kompas nie kieruje okrętem. To człowiek trzyma ster w swoim ręku, on podejmuje decyzje. Busola działa niezależnie od steru. Kierunki świata są niezmienne i nie zależą od tego, dokąd kto płynie. Podobnie jest w życiu. Dobro i zło - dwa możliwe kierunki ludzkiej wędrówki - pozostają zawsze w "tym samym miejscu". Człowiek sam rozstrzyga, w którą stronę idzie, dobra czy zła.

Tak jak w busoli jest ruchoma strzałka kierująca się zawsze na północ, podobnie w sumieniu najważniejszą wskazówką jest wezwanie: czyń dobrze, zła unikaj. Etycy i teologowie nazywają to proste zdanie prasumieniem. Sumienie nie tylko pokazuje, co jest dobre, a co złe. Ono także zobowiązuje, wzywa, skłania do dobrego wyboru. Jego głos mówi: "to jest złe, dlatego nie wolno ci tego robić" albo "to jest dobre, powinieneś to zrobić". Rzecz jasna, ta ogólna zasada przekłada się na konkrety życia. I tu często pojawiają się schody. Bowiem w wielu sytuacjach życiowych nie jest wcale łatwo odczytać, gdzie jest dobro, a gdzie zło. Pojawiają się dylematy sumienia.

Zasada prasumienia (czyń dobrze, zła unikaj) nie jest (niestety!) dla wszystkich ludzi busolą przy podejmowaniu codziennych wyborów. Wielu ludzi, sterując swoim życiem, kieruje się innymi kompasami: zasadą przyjemności "rób to, co ci sprawia przyjemność, unikaj tego, co nieprzyjemne", zasadą korzyści "rób to, co da ci maksymalną korzyść, unikaj tego, co przynosi stratę" albo zasada "rób, co chcesz, byłeś się nie dał złapać". Te mechanizmy są w każdym z nas. Ale rozwój człowieka polega na przezwyciężaniu tych prymitywnych motywacji i kierowaniu się w życiu wyborem wartości. Kierując się sumieniem, często ponosi się po ludzku raczej stratę, niż odnosi korzyść (np. uczciwi zarabiają na ogół mniej niż nieuczciwi, kto kocha - ten traci czas, zdrowie, pieniądze, a nawet życie na rzecz osoby kochanej). Wierność sumieniu pozwala ocalić człowiekowi coś najcenniejszego: swoje człowieczeństwo! Człowiek sumienia to ktoś, kto zachowuje twarz. Kto może śmiało spoglądać zarówno w lustro, jak i w oczy innych ludzi. Sumienie pozwala żyć w zgodzie z sobą, z innymi, z Bogiem. Ks. Tischner pisał: "w każdym cichym }}powinienem{{ brzmi zniewalające zaproszenie, abyśmy uwolnili się od tego, co nieludzkie, a stali się pełnymi ludźmi. Po prostu prawdziwymi ludźmi". Czyż tego nie pragniemy?

Bardziej Bóg, czy bardziej człowiek?

Teolog moralista ks. Antoni Bartoszek wygłaszał katechezę o sumieniu w ośrodku dla osób niepełnosprawnych umysłowo. Po spotkaniu ktoś zapytał: czy sumienie to bardziej Bóg, czy bardziej człowiek? To ważne pytanie. Chrześcijanin odpowie: sumienie to i człowiek, i Bóg.

Sumienie nie jest darem dla wybranych. To po prostu działanie ludzkiego rozumu, który ma zdolność rozróżniania dobra od zła i potrafi ocenić pod tym kątem własne działanie. To jedna z tych ludzkich zdolności, które wyróżniają człowieka od zwierząt. Erich Fromm powiadał, że "w niewielu ludzkich twierdzeniach, które człowiek zwykł głosić, kryje się tyle osobistej dumy, co w tym, gdy mówi: postępuję zgodnie z sumieniem". Sumienie jest bez wątpienia dowodem, że człowiek przekracza świat biologii i przynależy także do świata ducha.

W sumieniu można rozpoznać głos samego Boga. To nie tylko zjawisko psychologiczne czy etyczne, ale i religijne. Sobór Watykański II zapisał: "Sumienie jest najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa" (KDK 16). Definicja piękna, porównanie wzniosłe. Pobożne zwroty mają jednak to do siebie, że łatwo myślimy sobie: "to nie dla mnie" lub "to nie o mnie". A przecież cały sęk w tym, że ów głos Boga dociera do nas nie poprzez jakieś szepty aniołów, cudowne interwencje, ale całkiem zwyczajnie, poprzez ludzki rozum, a czasem też przez emocje. Ten głos słychać zawsze, odzywa się w prozie życia. "Sanktuarium" sumienia nie stoi na jakiejś odległej czarodziejskiej górze, ale w samym środku pola bitwy, zwanej życiem. Problem w tym, czy człowiek dopuszcza do siebie ten głos. Czy sumienie ruszy, czy też nie?

góra

* * *

.

Sumienie umiera

Z ks. Tomaszem Horakiem
rozmawia Przemysław Kucharczak

Przemysław Kucharczak: Coraz mocniej widać wśród Polaków tendencję do relatywizowania grzechu: nie "ukradłem", tylko "zabrałem", "minąłem się z prawdą" zamiast: "skłamałem", itd. Co niedobrego dzieje się z naszymi sumieniami?

Ks. Tomasz Horak: - Żeby się w ogóle coś działo... To już by było dobrze! Sumienie umiera, bo zaciera się poczucie grzechu. Polacy dzisiaj coraz częściej uznają za grzech tylko to, co wyrządza bezpośrednią i widoczną krzywdę innemu człowiekowi. Ukradłem komuś konkretnemu, skląłem kogoś konkretnego, którego widzę - no to jeszcze jest grzech. Ale jeśli coś nie wyrządza drugiemu takiej bezpośredniej krzywdy, ludzie przestają to odczytywać jako grzech.

Na przykład?

- Choćby grzech pod tytułem: "my się kochamy". Domyśla się pan, co za tym uzasadnieniem często się kryje? "My się kochamy, przykrości nikomu nie wyrządzam, a przeciwnie, ta druga osoba też z tego się cieszy, tu nie ma żadnego grzechu". Jednak w centrum uwagi człowieka, który głosi takie zdanie, nie jest Bóg, ale człowiek. Właśnie człowiek staje się bożkiem, do którego wszystko się odnosi. I wtedy zostaje utopiony najgłębszy sens wypowiedzi z Ewangelii: "wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". W tym zdaniu z Ewangelii jest odniesienie człowieka do wielkości Boga. A my tymczasem spychamy Boga do małości człowieka. Na murze w Nysie był kiedyś taki napis: "Stwórzmy sobie Boga na nasz obraz, podobnego do nas, parszywego. A wtedy nie będziemy mieli wyrzutów sumienia". Ktoś fantastycznie nazwał to zjawisko! Bo kiedy człowiek staje się bogiem, jego sumienie przestaje funkcjonować.

Jednak dawniej ludzie chyba nie grzeszyli mniej niż dzisiaj? Co się zmieniło?

- To prawda, kiedyś ludzie wcale nie grzeszyli mniej. Ale wiedzieli, że grzeszą.

Modne robi się dziś wśród młodych "mieszkanie ze sobą" przed ślubem. Czy ludzie mają jeszcze dylemat, jak na takie sytuacje reagować?

- Tylko raz ktoś o to zapytał. Być może boją się zdecydowanej odpowiedzi na "nie". Znam takie pary i sam się obawiam, że jeśli usłyszą bardzo zdecydowane "nie", to drugi raz mogą mnie o nic nie zapytać. I że będzie wtedy jeszcze gorzej, bo stracimy kontakt.

Czy dlatego, żeby ich na przykład nie urazić, rodzice takich młodych ludzi mają milczeć?

- No, nie powinni. Widzę, że ta erozja sumień dokonuje się stopniowo, małymi kroczkami. Jak wskazówka zegara: nie widać, że ona się przesuwa, ale po godzinie już jest w innym miejscu. Na początku młodzi pojechali razem na wycieczkę, nawet szkolną. Później na kolejną wycieczkę, ale już bez reszty paczki. Było to niewinne, ale mama się przyzwyczaiła i ksiądz się przyzwyczaił, i oni się przyzwyczaili. No i w końcu następnym etapem dla takiej pary staje się zamieszkanie razem. Zazwyczaj podczas studiów, choć nie tylko. Myślę, że już znacznie wcześniej rodzice i spowiednik powinni zareagować. Przegapili tę chwilę, bo każdy z tych kolejnych kroczków wydaje się zbyt mały i w sumie niegroźny, żeby wydawać się problemem.

Więc w którym momencie rodzice mieli reagować?

- W tym pierwszym.

To znaczy?

- W tym pierwszym momencie, kiedy młodzi jeszcze mogli inaczej to swoje życie poukładać. Trzeba jak najwcześniej przygotować dzieci do podjęcia dobrych decyzji. Choćby przez to, że się o tym będzie w domu mówiło.

Ale na którym etapie rodzic powinien postawić weto? Już na etapie wycieczki we dwoje?

- Strasznie trudno tutaj dawać recepty, bo każda sytuacja jest inna. Patrzę wstecz na jedną z moich przegranych w tym względzie. I mam takie odczucie, że trzeba było w jakiś sposób zareagować wcześniej. Nie czekać biernie na to, co się stało później. Wycieczka we dwoje pary młodych ludzi nie jest grzechem, ale jednak wiąże się z tym jakieś duchowe niebezpieczeństwo. Zresztą ten sam mechanizm obowiązuje przy innych grzechach, przy stosunku do prawdy czy stosunku do własności. Niewinne kłamstewko czy sięgnięcie po coś niczyjego z czasem narasta i robi się potężnym problemem. Jedna mała dziurka w dętce wystarczy, żeby opona przestała służyć.

Więc szatan usypia nasze sumienia przez stępienie naszej wrażliwości w drobnych sprawach?

- Dobrze, że padło w naszej rozmowie imię szatana. Bo jeśli nie zobaczymy, że za rozmywaniem się sumienia stoi osobowa moc zła, to nic na temat sumienia nie zrozumiemy i niczego nie naprawimy.

Fakt, dzisiaj modniejsze jest mówienie o samodoskonaleniu niż o świecie duchów...

- Żeby się bronić, trzeba dostrzec wroga. Kapitalne wyczucie miał autor biblijnej opowieści o drzewie. Tam kusiciel zastosował dokładnie tą samą metodę zaczynania od drobiazgów. Ewa na początku właściwie tylko pogadała sobie z wężem. No niby co w tym złego, prawda? A potem już poleciało... Lawina ruszyła. Niebezpieczeństwo widzę też w tym, że znikają dziś systemy kar. Kiedyś w szkole a to się dostawało po łapach, a to stało w kącie, a to się przepisywało sto razy "nie będę pluł na tablicę". Teraz system kar utraciła i szkoła, i rodzice. Oni też już nie potrafią ukarać swoich dzieci. No i same dzieci nie pozwalają się ukarać. A płynie to z atmosfery "pozytywnego oddziaływania" na wszystko i na wszystkich. A kiedy nie ma systemu kar, znika to jasne rozgraniczenie, co jest dobre, a co złe.

Kiedy się czyta Ewangelię, to widać, że Pan Jezus potrafił być bardzo ostry dla swoich słuchaczy.

- Z jednej strony jest prawdą, że Dekalog jest prawem zakazów, a Ewangelia nie jest prawem zakazów. Ale z drugiej strony Jezus nieraz stawiał sprawę na ostrzu noża. Mówił: jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij! jeśli twoje oko jest powodem grzechu, wyłup!

Ks. Twardowski napisał kiedyś rachunek sumienia z pytaniem: "Czy nie przekształcałem Ewangelii w łagodną opowieść?".

- No właśnie, coś z tego dzisiaj jest. Widzę to nawet u samego siebie na ambonie: wolę wszystko naświetlać od strony dobra. Pokazywać pozytywne wartości, bo właśnie za nimi ludzie pójdą. I myślę, że tak trzeba. Ale jednocześnie trzeba mówić: jest bariera, której przekroczyć nie wolno. Trzeba tę barierę wskazywać. A to rozmywa się coraz bardziej. Zwłaszcza w wychowaniu młodego pokolenia. I rzutuje to na nas wszystkich. Wychowawca, który rozmywa tę barierę wobec swoich wychowanków, rozmywa ją też wobec samego siebie. On też z czasem traci właściwe spojrzenie na siebie i na swoje sumienie. To zadanie także i dla księży, żeby położyć większy akcent na nabożeństwa pokutne, w których jest miejsce na rachunek sumienia czy pokutne refleksje.

A jak ja, świecki, mam obudzić swoje sumienie?

- Kiedyś pewna osoba opowiadała w konfesjonale o zdrowiu, o rodzinie. Zwróciłem jej uwagę, że ma lepiej przygotować spowiedź. Miałem wyrzuty sumienia, że powiedziałem to zbyt ostro. Następnym razem przyszła i odbyła głęboką spowiedź. Czuło się, że zrobiła solidny rachunek sumienia, że sprawę przemodliła.

Poradziłem kiedyś nastoletniej dziewczynie stałego spowiednika. Dzisiaj ona już jest studentką, ale dalej korespondujemy. Pisze mi: "za bardzo katolicka to ja nie jestem, ale tego stałego spowiednika mam". Więc może stały spowiednik jest tą drogą?

Jak często, zdaniem Księdza, powinniśmy się spowiadać?

- Kościół mówi, że przynajmniej raz w roku.

Proszę coś poradzić chrześcijanom, którzy chcą nad sobą pracować.

- Tak często, żeby ten czas był do ogarnięcia myślą. Czyli nie rzadziej niż co dwa, najwyżej trzy miesiące. Wtedy mogę obserwować dynamikę moich grzechów. Czy jakieś paskudztwo we mnie narasta, czy się zmniejsza. W mojej parafii uczę dzieci, żeby przy każdej spowiedzi postanowiły coś konkretnego. I większość z nich zachowało ten sposób spowiadania się także w dorosłości. W konfesjonale wyznają: "w czasie ostatniej spowiedzi szczególnie postanowiłem to i to". I dodają, że tego postanowienia udało im się dotrzymać, albo że im się nie udało. To ważne, bo ze wszystkich warunków dobrej spowiedzi "mocne postanowienie poprawy" jakoś się gubi. Zostaje z niego tylko formułka. Naklejka na pudełku, a w pudełku pusto. Ja sam w dzieciństwie przestałem chodzić do spowiedzi, bo nie potrafiłem dotrzymać słowa: "obiecuję się poprawić i więcej nie grzeszyć". Aż mi jakiś mądry ksiądz wytłumaczył: "ty grzeszyć będziesz zawsze, ale ty masz być lepszy". To można osiągnąć właśnie przez obietnicę poprawy zwłaszcza z jednego, konkretnego grzechu.

góra

Następna strona

Tygodnik "Gość Niedzielny" Nr 7 - 18 lutego 2007r.

Powrót

.