.

Zobaczyć ten uśmiech i zrozumieć

Kazanie na Pszowski Odpust, 12 września 1999r.

Uśmiech Matki

.

Wzgórze, na którym się dzisiaj wspólnie modlimy, jest miejscem niezwykłym. Słynnym od wieków przez swoje urzekające piękno. Barokowy kościół, niebotyczne wieże, wrześniowe światło... Doceńmy przejmującą dreszczem piękną oprawę naszej modlitwy. I bądźmy wdzięczni.

Oto wysokie wzgórze górujące nad okolicą. Krzyże na szczytach wież wznoszą się 52 metry nad ziemią, a około 370 m nad poziomem morza. Jak pisze Franciszek Huebner w opracowanej w latach trzydziestych "Monografii gminy Pszów" (1937r.): "Z wież kościoła widoczna jest ogromną połać najładniejszej okolicy Śląska i zagłębia morawsko-ostrawskiego. Widok na wszystkie strony jest porywający. Krajobraz zasiany jest miastami, wsiami i kominami fabrycznymi, ocieniony lasami, przepasany łożyskiem rzeki Odry, Olzy i licznymi potokami. Na nieboskłonie, od południa, rozkładają się przed oczami widza Beskidy i Tatry, od zachodu Sudety. Ks. Skwara, proboszcz pszowski, twierdzi, że z wież kościoła można zobaczyć przynajmniej 650 mil kwadratowych kraju: wzgórze Bielany pod Krakowem, ponad Katowicami i Bytomiem Wyż Wieluńsko-Krakowski oraz Śnieżkę w Karkonoszach"... Ale ksiądz Paweł Skwara w swojej słynnej dwujęzycznej "Kronice Pszowa" opublikowanej w Rybniku w 1862 roku, zapisał również kapitalne słowa o "pejzażu odwrotnym", o widoku tego świętego miejsca, na którym właśnie jesteśmy: "z wszystkich górek widać też kościoła pszowskiego wieże wydawające się, jakby ziemię z jasnym niebem wiązały i prawdziwą

drabinę patryarchy Jakuba

przedstawiały".

I to miejsce cudowne samą mocą piękna jest poświęcone Maryi, Jej wizerunkowi, słynącemu łaskami, cudownemu. Przypominacie sobie zapewne słowa kardynała Meissnera z Kolonii sprzed dwóch lat, słowa wypowiedziane na tym wzgórzu: "Waszym najważniejszym towarem eksportowym jest Maryja! To jest wasz oryginalny wkład do jednoczącej się Europy". Maryjność jest bez wątpienia samą esencją Ewangelii i najważniejszym sposobem realizacji chrześcijaństwa. Jest też charakterystycznym stylem bycia Jezusowym uczniem. Maryja z Nazaretu, Betlejem, Kany, Golgoty: ufająca bezgranicznie Bogu, rodząca światu Jezusa, powtarzająca cierpliwie "Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie", współcierpiąca z Synem, z dziećmi. Maryja z Pszowa: uśmiechnięta. Za woalką bolesnych doświadczeń, za delikatną mgiełką wrześniowego światła... Kołysząca Syna i mająca coś ważnego do powiedzenia nam, wpatrzonym w jej uśmiechniętą, dobrotliwą i wiele rozumiejącą, matczyną twarz. Właśnie: co ma nam Ona do powiedzenia w tym miejscu i w tym czasie, na kilka miesięcy przed końcem tysiąclecia?

Wierzę ufnie, że uśmiech Pszowskiej Madonny ma swój głęboko zakorzeniony w Biblii sens. Pismo Święte mówi bowiem na temat ludzkiego śmiechu i uśmiechu rzeczy nadzwyczaj ważne... I wierzę że ów śmiech Matki zawiera przesłanie ważne dla nas, żyjących tu i teraz, na styku tysiącleci, na śląskiej ziemi. Wierzę więc, że nie chodzi tu o śmiech nieważny w ostatecznym bilansie życia, niepoważny "jak trzaskanie cierni pod kotłem", o którym opowiada z wyraźnym dystansem i brakiem akceptacji Księga Koheleta (Koh 7,6). Ani też, że nie chodzi tu o śmiech ironiczny, jak choćby ten, który zakwitł swego czasu na twarzach Abrahama i Sary (Rdz 17,17; 21,6), a który był wyrazem zwątpienia we wszechmoc Boga. Choć właśnie tego typu śmiechu - spazmatycznego i nie przynoszącego sercu prawdziwej radości - niemało jest w świecie, w którym żyjemy...

Wierzę więc ufnie, że chodzi o śmiech czuły i ciepły, jak ten, którym obdarzał Izaak swoją żonę Rebekę pod okiem Abimeleka, króla filistyńskiego (Rdz 26,8). Że uśmiech, który dociera do nas z wnętrza złocistych ram pszowskiego obrazu jest uśmiechem najgłębiej psalmicznym, czy radością przemienionego przez Boga ludzkiego życia:

"Gdy Pan odmienił
los Syjonu,
byliśmy jak we śnie.
Wtedy usta nasze były pełne śmiechu,
a język wołał pełen radości"
(Ps 126,1-2).

Że chodzi o śmiech, który następuje po płaczu, zgodnie z błogosławieństwem z ewangelicznego Kazania na Górze: "Błogosławieni, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie" (Łk 6,21). Że patrzę na uśmiech Tej, która śpiewa

najweselszą pieśń świata, Magnificat,

hymn tych, którzy bezwarunkowo powierzają swój los Bogu i stąd czerpią siłę i radość życia:

"Wielbi dusza moja Pana
i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy"
(Łk 1,46-47).

Uśmiech Matki - którym pragnie Ona zarazić swoje dzieci - ma więc swoje źródło w zaufaniu Ojcu. Temu, o którym śpiewała Ona w Ain-Karim, wobec Elżbiety, że "wywyższa pokornych", zaś "głodnych nasyca dobrami" (Łk 1,52-53). Ostatecznie więc najgłębszym źródłem owego uśmiechu, który od niespełna trzystu lat opromienia z tego wzgórza śląską ziemię, jest wiara w Boga i wiara Bogu. Radość prawdziwa ma taki właśnie fundament - albo też nie ma jej wcale. Posłuchajmy kilku zdań kardynała Josepha Ratzingera, Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary. Brzmią jak potwierdzenie tej właśnie zasady: "Zawsze mnie to zaskakiwało, że właśnie w dzielnicach ubóstwa, na przykład w Ameryce Południowej, można spotkać znacznie więcej niż u nas ludzi roześmianych, radosnych. Najwyraźniej, mimo całej niedoli, postrzegają oni dobro i znajdują w tym oparcie, pokrzepienie, silę. W tym sensie znów potrzebujemy owej praufności, którą, w ostatecznym rozrachunku, może obdarzyć człowieka jedynie wiara. Owej praufności, że w zasadzie świat jest dobry. Że dobrze jest żyć, że dobrze jest być człowiekiem. Dzięki tej praufności mamy odwagę, by się radować" (J. Ratzinger, Sól ziemi. Z Kardynałem rozmawia P. Seewald, tłum. G. Sowiński, Kraków 1997, s.31).

Radość jako kwestia odwagi płynącej z wiary... Być może również na temat tej prawdy ma sporo do powiedzenia pielgrzymowi tajemniczy półuśmiech Pszowskiej Madonny. Zauważmy, że został on przez artystę tak lekko i po mistrzowsku wkomponowany w rysy twarzy, że - jak mawiają starzy parafianie - nie każdy ten uśmiech dostrzega i w zależności od stanu ducha i serca patrzącego uśmiech ten bywa różny: bardziej lub mniej wyraźny, radosny lub melancholijny, łaskawy lub dobrotliwie pobłażliwy, a nawet sceptyczny... Od stopnia jasności serca obserwatora zależy stopień rozjaśnienia oblicza Maryi na obrazie. Pszowska Pani się uśmiecha, ale uśmiech ten jakby nie był namalowany, jakby błąkał się gdzieś między Obrazem a osobą patrzącą. Jakby wypełniał nieuchwytnie barokową przestrzeń kościoła. Jakby dopiero modlitwa była sposobem na jego odkrycie. Dopiero długie chwile spędzone twarzą w twarz z Matką pozwalają dostrzec ten uśmiech, zrozumieć go, przyswoić go sobie, rozjaśnić nim własne wnętrze i życie. Wiedzą o tym ci, których oczy stały się czyste i nabrały zdolności widzenia od uporczywego wpatrywania się w Jej twarz. Wiedzą o tym również ci, którzy uśmiechają się podobnie jak Ona - bo od Niej nauczyli się sztuki życia. Zobaczyć uśmiech Uśmiechniętej - to rzecz prosta i trudna zarazem. Zobaczyć i rozumieć ten uśmiech - to wejść w krainę nadziei.

Słyszałem o ludziach, którzy zobaczyli i zrozumieli. Słyszałem o takich ludziach. Niektórych znałem, jeszcze innych - znam. Budzą mój zachwyt.

Myślę na przykład o księdzu Pawle Skwarze, "Farorzu Pszowskim" w drugiej połowie XIX wieku, budowniczym wież naszego kościoła, współautorze słynnej "Kroniki (...) o farnem i pątnem miejscu" z 1862 roku. Właśnie dwujęzyczny tekst pszowskiej "Kroniki..." prześwietla tego człowieka na wylot, pokazując zasoby jego serca. Jest to w sumie dziełko bardzo proste - lekturę polecam. Ale jest też między wierszami tekstu kroniki coś, co fascynuje i przyciąga. Jakaś wewnętrzna siła autora, biorąca się pewnie z wiary i przywiązania do "tej ziemi", jakaś troskliwa miłość pasterza do owiec, wybłyskująca co rusz ze zdań pełnych nieskrywanych emocji, jakiś typowo bodaj śląski, bardzo bliski - choć pozbawiony uzależniającej "lepkości" - kontakt z parafianami. Też godność i duma: z wiary, z zachowanej tradycji, z głębokiego przekonania, że dar życia otrzymaliśmy "tu i teraz", i że właśnie tu i teraz, w Pszowie, wśród tych pól i stawisk, pagórków i kominów, pod tym niebem i pod jakże częstą gęstwiną deszczowych obłoków, w cieniu tego kościoła i W świetle tego roześmianego obrazu - rozstrzyga się tajemnica naszego zbawienia. Wszak ksiądz Skwara zbudował wieże, które tę "ziemię z jasnym niebem" wiążą...

Myślę o księdzu Augustynie Wolczyku, którego pogrzeb w tym kościele i na tym placu przed stu laty, 25 stycznia 1898 roku, stał się wielką manifestacją religijną i narodową, a

którego zwano "aniołem pokoju".

Jak powiada kronikarz (F. Huebner), ks. Wolczyk "miał takie usposobienie, że potrafił przeciwieństwa łatwo łagodzić lub godzić".

Myślę o młodym społeczniku z początku naszego wieku, Ignacu Kowolu, o którym tak nieporadnie, choć pięknie pisał "Katolik" w reporterskiej relacji z Pszowa (nr 732 z 1902r.): "W niedzielę dnia 15 czerwca 1902r. pochowaliśmy dzielnego młodzieńca śp. Ignacego Kowola. Ignacy lubił bardzo czytywać pisma polskie katolickie. Nie zadowolił się jednak czytaniem, lecz uczył jeszcze dzieci swych krewnych. Mieszkając w osobnym mieszkaniu, powoływał dziatki do siebie i tam uczył je czytać, pisać i śpiewać po polsku. Dziatki żałują wielce, że utraciły w nim swego polskiego nauczyciela".

Myślę o moim prastarzyku, Teodorze, o którym wspominałem już kiedyś w kalendarzu "Z tej ziemi". Był człowiekiem łagodnym i bezinteresownym, był wszechstronnie uzdolnionym melancholikiem. Słyszałem, jak ktoś mówił o nim ironicznie: "pięcioraki fach, siedmiorako biyda". Miał bogaty życiorys, sumiaste wąsy i wiele cierpienia w życiowej kiesie. Naprawił po wojnie, w 1945 roku, zegary na wieży naszego kościoła. Z wraku zestrzelonego samolotu, leżącego na Wrzosach (dzielnica Pszowa), powycinał kawałki blach i zrobił z nich nowe tarcze i wskazówki. Pouzupełniał też braki zegarowego mechanizmu. Potem przez kilka lat, codziennie, w południe, chodził na wieżę nakręcać naprawione zegary. Zabierał ze sobą "na barana" jedną z małych wnuczek - Pelagię. Odmawiali Anioł Pański, Teodor tłumaczył: tam są Beskidy, tam, za wstęgą wzgórz, płynie Odra, tam dymią kominy Karwiny i Bohumina... Dobrze jest się starzeć, działając w dobrej sprawie.

Myślę o pani Klarze Anderskiej, która pracowała przez kilkadziesiąt lat w pszowskiej zakrystii. Też o niej kiedyś opowiadałem. Niskiego wzrostu, drobnej budowy ciała. Była tytanem pracy i dobrą duszą całej parafii. Znali ją wszyscy. Ona też znała Pszów na wylot. Kiedy w zakrystii pojawiał się ktoś zamawiający Mszę św., pani Klara była w stanie napisać mu z pamięci dwustronicowe zalecki, obejmujące detalicznie i dokładnie całe zmarłe bliższe i dalsze pokrewieństwo, oraz - jakżeby inaczej - tzw. dusze opuszczone, których tajemniczy status i los najbardziej mnie w ministranckim dzieciństwie intrygował. Zresztą właśnie nas, rozwydrzonych małych ministrantów, trzymała nadzwyczaj krótko, korzystając czasem z pomocy drewnianych (i, jak doskonale pamiętam, bardzo twardych) wieszaków. Była panną, całym jej życiem był Kościół, parafia i jej sprawy. Pamiętam, że dużo się modliła w samotności, wertując w ciszy, w pustym kościele, gruby i mocno podniszczony modlitewnik. Od tamtej pory, kiedy czytam o prorokini Annie, córce Fanuela, która, jak pisze św. Łukasz (Łk 2,36-38),

"nie rozstawała się ze świątynią,

służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą", wtedy zawsze myślę o pani Klarze. I wierzę, że ona też myśli, pamięta i pomaga. Communio sanctorum. Świętych obcowanie.

Myślę o pani Annie Gojny, też zakrystiance. Zmarła niedawno, jej pogrzeb odbył się 10 lutego 1999 roku. Wszyscy, którzyśmy ją znali, wiemy: w łupince szczupłego, schorowanego ciała, mieszkała wielka, pokorna i życzliwa wszystkim dusza. Trzy lata temu powiedziała mojej mamie podczas sprzątania kościoła: "Pani Szymikowa, jo się cieszą na śmierć jak na wilijo...".

I kiedy ich wszystkich wspominam, kiedy ich niezdarnie opisuję i przywołuję ze wzruszeniem ogromnym, przychodzi mi do głowy i serca myśl nagła, jak olśniewająca cały horyzont życia błyskawica: na Boga, przecież oni wszyscy żyli blisko, bardzo blisko tego Świętego Uśmiechu - farorze Paweł i August, Ignac Kowol i Teduś, mój prastarzyk, zakrystianki Klara i Anna. Boże, Boże... Oni wszyscy mieli przecież ten sam, jakże charakterystyczny, łagodny uśmiech na twarzach - pod wąsem, nad koloratką, na twarzach pooranych zmarszczkami. Nawet w późnej starości, kiedy były to już twarze chude, wyniszczone, schorowane. Pszowska świętość - myślę. Akceptująca, wzorem Uśmiechniętej, Boską wolę, trudny kształt życia, niełatwy los. Łagodny uśmiech jako modlitwa życia.

Tak było. Jak będzie z nami?

Jeśli przychodzę przed ten pszowski obraz z prawdą swojego życia, z moim bólem i pytaniami - nie jest źle. Przecież Matka Boska uśmiecha się tu jako ktoś, kto wiele w życiu przeszedł. To nie jest śmiech nastolatki czy też kogoś, komu właśnie opowiedziano kawał. Przecież jasnogórskie szramy są tu tylko zaledwie podmalowane. Ale Ona, pomimo cierpienia, nie straciła pogody ducha. W Pszowie znajduje się bowiem cudowny wizerunek Matki Bożej przywracającej Nadzieję. I dlatego tak ważne jest, że tu przychodzę. Ten uśmiech promieniuje siłą, mądrością i nadzieją w sam środek mojego życia.

Jak będzie z nami?

Cofnijmy się raz jeszcze w historię tej ziemi. Z opisu gospodarstwa pszowskiego, opisu, pochodzącego z roku 1806, zachowanego w tzw. aktach gruntowych, wynika, że w gospodarstwie siedlaczym Szymona Goworka w Pszowskich Dołach było "38 obrazów katolickich, jeden wielki i dwa małe krzyże". Kronikarze donoszą też, że w drugiej połowie XIX wieku "do Pszowa na pąć przychodzą nabożni niemieckiego, morawskiego a osobliwie polskiego języka z następujących miast: z Mikołowa, Bierunia, Pszczyny, Żorów, Strumienia, Skoczowa, Cieszyna, Frydku-Mistka, Frystota, Bogumina, Opawy, Baborowa, Głupczyc, Głogówka, Koźla, Ujazda, z Miasteczka, czy Sośniczowic, Pilchowic, Gliwic, Rybnika, Raciborza, Wodzisławia i z przyległych wsi tych miast i z miasteczek". W czasach Kulturkampfu pielgrzymki rozpędzano, łamano krzyże i chorągwie. Obok krzyża ufundowanego przez de Doeringa, jednego z XIX-wiecznych właścicieli Pszowa (jest to krzyż vis-?-vis obecnego domu towarowego "Merkpol 2") toczyły się regularne boje pielgrzymów z żandarmerią pruską, która siłą rozpędzała pielgrzymki zdążające do Pszowa od strony Rydułtów i Głożyn. Zaś z monografii Huebnera (rok 1937) przepisuję fragment następujący: "Ludność miejscowa, rzymskokatolicka, jest bardzo przywiązana do religii i wszystkiego co z nią jest połączone. Wynika to z głębokiego jej przekonania i wielowiekowej tradycji. Praktyki religijne spełnia ludność gorliwie, uczęszczając co niedzielę i święta do kościoła na nabożeństwa. Nawet popołudniowe nieszpory są licznie odwiedzane (...)"

Jak jest i jak będzie z religijnością
naszego pokolenia?

Wśród świątecznych kartek, które otrzymuję na pszowski adres, znalazła się i taka, z tekstem przejmującym: "Jeśli Pszowska Maryja uśmiecha się, to może jednak życie ma sens?". Nadzieja... Pszowski obraz to w zasadzie "dwa w jednym". Na jasnogórski ból nałożona została pszowska nadzieja. W tej właśnie klamrze, od Matki Boskiej Częstochowskiej do Pszowskiej, zawiera się nasza śląska, maryjna pobożność. Sfery ciemne i jasne naszego życia przynosimy do Niej. I uczymy się od niej ufności Bogu. Z której wykwita łagodny uśmiech...

Uśmiechamy się do siebie na znak życzliwości, radości, wspólnoty. Wtedy, kiedy cieszy nas życie. Cenimy sobie bardzo wartości, które uśmiech wnosi i których jest czytelnym znakiem. Pogodne rysy twarzy Pszowskiej Madonny mówią właśnie o tym: dobro zwycięży, trwaj, warto.

Warto wierzyć, ufać i kochać.

Mówią też: warto żyć w kręgu prawdy i tych wartości, o których opowiada nasz - Syna i mój - obraz.

.
Zwyciężysz. Już zwyciężasz.
Uśmiechnij się.
To najpiękniejsza modlitwa
w kościele mojego Syna. Amen.

KS. JERZY SZYMIK

Tygodnik "Gość Niedzielny" nr 39 - 26 września 1999r.

góra