.

Błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko
"Zło dobrem zwyciężaj"

.


.

Modlitwa do błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki

Błogosławiony Męczenniku, Księże Jerzy!

Twoje życie i męczeństwo przywodzi nam na pamięć rzesze ludzi, którzy w trudnych czasach otaczali ołtarz, by modlić się za potrzebujących, cierpiących i poszukujących nadziei na lepsze jutro.

Jako kapłan wskazywałeś ludziom dobro, które winno być zawsze celem dążeń, wypełnieniem prawa miłości Boga i bliźniego. Umocnieni Twoim nauczaniem, prosimy Cię, nasz nowy Orędowniku, o Twoje wstawiennictwo u Boga, byśmy umieli wyzwalać się od zła i nienawiści.

Prosimy Ciebie, który sam doświadczyłeś w chwili męczeństwa okrucieństwa wód wiślanych, otwórz serca rodaków na potrzeby oczekujących pomocy w dniach katastrofy powodzi.

Uproś nam u Boga dar pogody, byśmy mogli bezpiecznie żyć na naszej ziemi. Wypraszaj rządzącym łaskę odpowiedzialności za podejmowane decyzje, które winny mieć na uwadze przede wszystkim dobro społeczności, której służą. Uproś wspólnocie narodu polskiego łaskę jedności i solidarności w życiu rodzinnym i społecznym.

Niech za Twoim przykładem wszyscy uczą się, jak miłować każdego człowieka - a Ty przyczyniaj się u Pana do kształtowania naszych sumień, by kierowały się zasadą: Zło dobrem zwyciężaj!

Amen.

Modlitwę ułożył ks. Ireneusz Skubiś

bł. ks. Jeży Popiełuszko
* 14.09.1947r. - + 19.10.1984r.
Beatyfikacja 6.06.2010r.
Wspomnienie 19 października

Tygodnik Katolicki "niedziela" Nr 23 - 6 czerwca 2010r.

góra

* * *

.

Ks. Jerzy Popiełuszko w mojej pamięci

Ks. Ireneusz Skubiś

Jak już zapewne nieraz wspominałem - gdy jeszcze byłem duszpasterzem akademickim, poprosiłem kiedyś ks. Jerzego Popiełuszkę o wygłoszenie rekolekcji w naszym kościółku akademickim w Częstochowie. Zapraszaliśmy wtedy do naszego ośrodka duszpasterstwa akademickiego księży, którzy coś sobą wnosili - rekolekcje dla studentów prowadzili m.in. ks. prał. Aleksander Zienkiewicz, ks. prał. Kazimierz Żarnowiecki, o. Józef Majkowski SJ, o. Hubert Czuma SJ, ks. Feliks Folejewski SAC, ks. prał. Julian Żołnierkiewicz i wielu innych.

Ks. Jerzy wyraził zgodę na poprowadzenie rekolekcji, jednak z przyczyn od niego niezależnych nie doszły one do skutku.

Ten młody jeszcze wówczas ksiądz odznaczał się już szczególnym charyzmatem: bardzo dużym skupieniem, refleksyjnym spojrzeniem, duchowością, która dawała mu jakąś wewnętrzną pewność siebie. Widać było, że wiedział, przez kogo i do czego jest powołany.

Pracował przy kościele akademickim św. Anny pod godnym kierownictwem ks. Tadeusza Uszyńskiego. Kościół św. Anny był wówczas bardzo ważnym punktem dla Duszpasterstwa Akademickiego w Polsce. Tam krzyżowały się drogi wszystkich naszych duszpasterzy akademickich - tam odbywały się nasze zebrania i narady. Działo się to zwykle pod patronatem desygnowanego ds. duszpasterstwa akademickiego przez Konferencję Episkopatu Polski bp. Jerzego Modzelewskiego, sufragana warszawskiego, a później - kard. Henryka Gulbinowicza.

Wszyscy wiedzieliśmy, czym jest komuna, i znaliśmy metody działania SB (Służby Bezpieczeństwa). Przekazywaliśmy sobie szczegóły dotyczące przesłuchań zarówno nas, księży, jak i studentów, informowaliśmy o sposobach nacisku stosowanych przez reżim i nikt nie miał wątpliwości co do szczerości działania swojego kolegi.

Dlatego kiedy dzisiaj docierają do mnie informacje z Instytutu Pamięci Narodowej o współpracy z SB (Służby Bezpieczeństwa) niektórych kapłanów z tamtych lat, to wiem, że wśród tych mężów Bożych nie ma nazwisk, które mogłyby splamić się współpracą z bezpieką. W ogniu bezpieki hartowała się nasza praca duszpasterska, w tym ogniu kształtowały się też osobowości i postawy młodych, zwłaszcza tych, którzy byli bliżej księży.

Musieli oni mieć świadomość tego, czego chcą, a także świadomość zagrożeń i być nieugiętymi wobec działań SB (Służby Bezpieczeństwa). I tu już nie było takiej stuprocentowej gwardii - niestety, były wyjątki. Z IPN-owskich teczek dowiadujemy się dzisiaj - czasem ku wielkiemu zaskoczeniu - o tych spośród nich, którzy donosili. (Pod tym względem to w tych esbeckich teczkach mieszczą się niejako pamiętniki Duszpasterstwa Akademickiego, choć "pisali" je ludzie o różnym stopniu inteligencji i możliwości twórczych. Ale na pewno z tych zapisków można by odtworzyć niejedną stronicę Duszpasterstwa Akademickiego w Polsce z tamtych czasów).

Ks. Jerzy Popiełuszko bardzo wpisywał się w duszpasterską pracę kościoła św. Anny, a później kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. W dziś beatyfikowanym Męczenniku widzimy symbol kapłana tamtych lat. Księża koledzy ks. Jerzego, którzy jak on przechodzili przez służbę wojskową - niektórzy z nich są dzisiaj biskupami - również twardo mówili wysłannikom reżimu komunistycznego: Nie! Ks. Jerzy to także symbol zwyczajnego księdza nauczającego religii - choć odbywała się ona wtedy jeszcze nie w szkole, a gdzieś przy lub w zimnej świątyni; symbol kapłana, który mimo niesprzyjających warunków, mimo stojącego za nim milicyjnego patrolu był zawsze gotowy iść za Chrystusem. To ci księża, tak jak ks. inf. Józef Wójcik, budowali rzeczywistość Kościoła, który daje świadectwo.

Jest więc ten błogosławiony Kapłan Męczennik wielkim świadkiem tamtego czasu, świadkiem Kościoła cierpiącego, świadkiem wielkiej walki o chrześcijańskie wartości polskiego ludu - robotników, stoczniowców, hutników, pielęgniarek, młodej polskiej inteligencji.

Stanowił iskrę Bożą w naszym zniewolonym świecie, pomagającą wyzwolić w nas to, co najlepsze, i tym samym zerwać kajdany niewoli i zastraszenia. Wiara, że realizuje to, do czego został powołany, dawała mu odwagę i pewność, że kroczy właściwą drogą. Spełniające się kapłańskie powołanie oraz znakomite odczytanie znaków czasu - to zasadnicze siły, które nim kierowały. Choć przecież nie wszystko było proste, pojawiały się także różne kuszące propozycje m.in. ze strony Księdza Prymasa, by wyjechał na studia do Rzymu - czuł się jednak przede wszystkim duszpasterzem. Miał świadomość krzywdy wyrządzanej ludziom różnych grup zawodowych, a oni uciekali się do niego, wiedząc, że da oparcie. Po prostu nie mógł zostawić ich na pastwę esbecji. Chciał być pasterzem dobrym, świadczącym najlepszą posługę.

Dzisiaj, gdy Ksiądz Jerzy ukazuje się nam już w chwale błogosławionych, chcemy podziękować mu za to, że w Roku Kapłańskim wypełnia do końca przesłanie Kościoła: "Wierność Chrystusa, wierność kapłana".

Tygodnik Katolicki "niedziela" Nr 23 - 6 czerwca 2010r.

góra

* * *

.

Oddałam go Bogu

Z Marianną Popiełuszko - matką Księdza Jerzego -
rozmawia Milena Kindziuk

Milena Kindziuk: - Modli się Pani do swego Syna?

Marianna Popiełuszko: - Modlę się do Boga. Bo do Boga trzeba się modlić, nie do ludzi. Można jednak prosić innych o wstawiennictwo.

Czy to wstawiennictwo jest skuteczne?
Ksiądz Jerzy pomaga Pani?

- Czy ja mogę wszystkim ogłaszać, jak on mi pomaga? Jak ktoś chce wiedzieć, czy Ksiądz Jerzy pomaga, to niech się zacznie modlić za jego wstawiennictwem i się wtedy przekona.

Ale doznała Pani łaski za wstawiennictwem Syna...

- Niejeden raz mi pomógł. Kiedyś bardzo bolały mnie nogi, miałam mieć operację. Kiedy pojechałam do grobu Księdza Jerzego i tam się modliłam, bóle ustąpiły. Cały tydzień bez przerwy mogłam kopać kartofle.

Pamiętam, jak kilka lat temu mówiła Pani, że bardzo chciałaby doczekać chwili beatyfikacji Księdza Jerzego. Ta chwila nadeszła, cieszy się Pani?

- Ja zawsze się cieszę. Czy dobrze, czy źle, zawsze w życiu trzeba się cieszyć. Pan Bóg wie, co jest dla człowieka najlepsze. Taka widocznie była Jego wola, żebym doczekała beatyfikacji. To ważne, że Ksiądz Jerzy trafił na ołtarze, bo kto we łzach sieje, w radości żąć będzie. We łzach odprawiałam go na tamten świat, a teraz w radości będę go spotykała...

Co z przesłania Syna uważa Pani za najważniejsze?

- "Zło dobrem zwyciężaj". Gdyby ludzie w życiu realizowali te słowa, to byliby lepsi. A jak sami się poprawimy, to i Polska się poprawi.

Jest Pani matką świętego.
Co było najważniejsze w wychowaniu Syna?

- Na każdym kroku mówiłam wszystkim dzieciom, żeby pamiętały: "Niechaj będzie pochwalony Jezus Chrystus uwielbiony". A gdy ja spotkam bliźniego swego, to zawsze mówię do niego: "Niechaj będzie pochwalony Jezus Chrystus uwielbiony". Także gdy idę do kościoła, serce z radości woła: "Niechaj będzie pochwalony Jezus Chrystus uwielbiony". Ksiądz Jerzy wiedział, że Pan Bóg jest w życiu najważniejszy.

A jak Ksiądz Jerzy nauczył się modlić?

- Jako dziecko modlił się w domu razem ze wszystkimi. Modlitwa u nas była wspólna. W środę zbieraliśmy się razem w kuchni i modliliśmy się przed obrazem Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, w piątek do Serca Pana Jezusa, a w sobotę do Matki Boskiej Częstochowskiej. Tak było zawsze. Pierwsze wskazówki i pierwsze seminaria to on miał w domu. A co było w nim dobrego, to Boża łaska. Ale widziałam, że on sam siebie pilnował. Pan Jezus był dla niego ważny. Dlatego już od małego stawiał ołtarzyki na stole. Układał obrazki, robił kapliczki, przynosił kwiatki, nawet przebierał się, by wyglądać jak ksiądz. Pamiętam też, że jak został ministrantem, to miał komżę, ale krótką. A on koniecznie chciał mieć długą! Tymi sprawami po prostu żył.

Jako ministrant Ksiądz Jerzy codziennie chodził do kościoła...

- I to w każdy czas. Nieważne, jaka była pora roku, czy był deszcz czy mróz. Codziennie wstawał o piątej i cztery kilometry szedł przez las do kościoła - z Okopów do Suchowoli na Mszę św. Nie opuścił naprawdę żadnej Mszy św., kiedy był ministrantem. I nigdy nie narzekał, że jest zmęczony. W ogóle na nic nie narzekał. Takie to było dziecko.

Właśnie, jaki Ksiądz Jerzy był w dzieciństwie?

- Był dobrym chłopcem. Nie musiałam na niego krzyczeć. Jak coś do niego powiedziałam, to zawsze usłuchał. Już od początku można było po nim wszystko zauważyć. Na przykład, że lubił ludzi. Ciągnęło go do ludzi. Z każdym chciał porozmawiać. Żyła koło nas pewna staruszka, która codziennie sama pasła krowy. Często do niej podchodził, lubił z nią rozmawiać. Nawet jak już był w seminarium i przyjeżdżał na wakacje do domu - za każdym razem szedł i rozmawiał z nią. Zawsze zresztą powtarzałam mu: "Kochaj ludzi, kochaj Boga, to do nieba prosta droga...".

W gablocie w Izbie Pamięci ks. Jerzego w Suchowoli można obejrzeć nagrodę książkową "Szarą szyjkę" Georgija Bieriożki z dedykacją: "Za dobrą naukę, 9 stycznia 1955r.". Czy zawsze syn uczył się dobrze?

- Gdy przygotowywał się do I Komunii św., to można było u niego zauważyć chęć do nauki, cierpliwość. Był wytrwały. I pracowity. Ksiądz proboszcz powiedział mi kiedyś: "Matko, z tego chłopca może wyrosnąć najlepszy, może też wyrosnąć najgorszy; wszystko zależy od was, od waszego wychowania". A starałam się dobrze go wychować. Bez kłamstwa. On wiedział, że u nas w domu nigdy kłamstwa nie było. I że nie wolno podnieść gruszki leżącej na drodze, bo to cudze.

Kiedyś nauczycielka wezwała jednak Panią do szkoły,
żeby się poskarżyć na Syna...

- Chciała mi zwrócić uwagę, że syn zbyt często przesiaduje w kościele i modli się na różańcu. On rzeczywiście chodził codziennie na Różaniec po szkole. Wiedziałam, że nauczycielka mnie wezwała, żeby zastraszyć naszą rodzinę. Zagroziła, że dziecko może mieć obniżony stopień ze sprawowania. A mnie chyba Duch Święty natchnął i odpowiedziałam, że jest przecież wolność wyznania. Każdy jak chce, tak żyje. No i stopnia w szkole mu nie obniżyli. A na Różaniec chodził dalej.

Czy przeczuwała Pani, że Syn zostanie księdzem?

- Przez lata prosiłam o to Boga. Modliłam się, by być matką kapłana. I już wtedy, gdy nosiłam go w swym łonie, ofiarowałam go Bogu. Ale czy dlatego został księdzem? Czy mnie Pan Bóg wysłuchał, czy kogo innego, sam Bóg to wie...

Powiedziała Pani: ofiarowałam go Bogu. Co to znaczy?

- Kiedy miał się urodzić, po prostu oddałam go na własność Matce Bożej.

Czy jego decyzja o wstąpieniu do seminarium była dla Pani oczywista, czy raczej może stanowiła zaskoczenie?

- Było to dla mnie zaskoczenie. Pan Bóg po prostu udzielił mu łaski. A w życiu tak jest: Pan Bóg udziela łaski, a jeśli człowiek odpowie na nią, jeśli pójdzie Bożą drogą, to tę łaskę zdobędzie.

Czy pamięta Pani moment, kiedy powiedział,
że idzie do seminarium?

- Po prostu po balu maturalnym pojechał do Warszawy i złożył dokumenty do seminarium. Nie bał się, chociaż pojechał sam, pierwszy raz w życiu pociągiem, a drogi nie znał. Nigdzie poza Suchowolą przecież nie był. Ale jakoś trafił. Warszawskie Seminarium wybrał chyba dlatego, że blisko stolicy był Niepokalanów. A on miał sentyment do tego miejsca. Może dlatego, że jako dziecko u babci w Grodzisku znalazł kiedyś wiele numerów "Rycerza Niepokalanej". Złożył je w stosik i ciągle przeglądał. Chciał wtedy koniecznie jechać do Niepokalanowa. Potem chciał zszyć te numery "Rycerza", aby była z tego całość. Później zauważyłam też, że zaczął nosić pasek św. Franciszka. Mówił też dużo o o. Maksymilianie Kolbe, który żył w Niepokalanowie. To był dla niego wzór. Pamiętam, kiedy przyjeżdżał do domu z seminarium na ferie albo wakacje, przywoził obrazki ze św. Maksymilianem, a także przeźrocza. Wyświetlał je ludziom z całej wioski, którzy wtedy zbierali się u nas w domu. Opowiadał o życiu św. Maksymiliana i przejmował się bardzo jego aresztowaniem, pobytem w obozie i męczeńską śmiercią. Był bardzo wrażliwy. Cieszyłam się, kiedy został księdzem i stale modliłam się, aby był wierny Bogu, bo to jest w życiu najważniejsze.

Jako kleryk przyjeżdżał jednak do domu rzadziej?

- Najczęściej już tylko na ferie i wakacje. Ale pomagał nam trochę przy żniwach i przy budowie stodoły. Był jednak słabego zdrowia. Zwłaszcza po wojsku, jak musiał się poddać operacji tarczycy. W wojsku zniszczono mu zdrowie. Dużo tam przeszedł, ale nigdy o tym nie opowiadał, nie żalił się nam. Taki już był. Dopiero po jego śmierci koledzy z wojska opowiadali mi, co tam się działo, jak na przykład boso stał na śniegu i nie chciał oddać różańca. Potem już przyjeżdżał coraz rzadziej. Powiedział mi kiedyś już jako kapłan: "Mieliście Matko wiele dzieci i dobrze ich pilnowaliście. Ale ja mam więcej dzieci. I przyjdzie mi przed Bogiem rachunek zdać z ich pilnowania...". A kiedy był w domu ostatni raz przed śmiercią, zostawił mi do zaszycia sutannę. I nie wiem dlaczego, powiedział: "Odbiorę następnym razem. Albo najwyżej będzie Mama miała na pamiątkę". I trzymam ją na pamiątkę do dziś.

Czy bała się Pani o niego,
gdy był już księdzem w Warszawie?

- Bałam się, jak każda matka. Ale co było robić? On sam wiedział, co powinien czynić, a nie my. Zresztą dałam go Kościołowi i nie mogłam zabrać go Kościołowi. Jeżeli Pan Bóg powołał go na służbę Bogu, to nie mógł już służyć rodzinie. Ksiądz Jerzy nie opowiadał o tym, co robi w Warszawie. Ale wiedziałam, że go śledzili, że wszędzie za nim jeździli, nawet gdy przyjeżdżał do domu nas odwiedzić. Robili mu dużo zdjęć. Nie lubił tego. Po co tyle hałasu - mówił. Był odważny. Bo gdyby nie miał odwagi, to nie poszedłby taką drogą i nie podejmowałby ryzyka. Fizycznie mocny nie był, bo chorował, ale był dzielny. Wiedział, że jak poszedł służyć Bogu, to musi służyć wiernie. I do końca.

Zaraz po pogrzebie Księdza Jerzego powiedziała Pani,
że mordercy nie z synem, tylko z Bogiem walczyli...

- No tak, przecież oni uderzyli nie w Popiełuszkę, ale w sutannę. Uderzyli w Kościół. Dla mnie jego śmierć to jest kamień na całe życie. Co tu mówić, to taka wielka boleść. Odnawia się stara rana, a ta rana zawsze jest i będzie, bo kto może coś takiego zapomnieć. Ale nikogo nie osądzam, śmierci niczyjej nie żądam. Pan Bóg sam kiedyś osądzi. Ile trzeba, tyle mordercy będą musieli odpokutować. Niech im Pan Jezus daruje. Najbardziej bym się cieszyła, żeby się oni nawrócili.

Tygodnik Katolicki "niedziela" Nr 23 - 6 czerwca 2010r.

góra

następna strona

.