Śmierć męczeńska św. Wojciecha

Dnia 18 kwietnia 997 roku, łódka z trzema misjonarzami po bystrych nurtach Pregli chyżo pędziła ku Bałtykowi. Zatrzymali ją misjonarze niedaleko od brzegu zatoki fryzkiej i wysiedli tamże na ląd sambijski. Podziękowawszy Bogu za szczęśliwe wylądowanie, zasnęli; gdyż wszyscy trzej byli nadzwyczaj znużeni.

Po przebudzeniu się ogarnął św. Wojciecha wielki smutek. Pobożne serce jego trapiło się tym, iż tego ludu nawrócić nie może. Zaczął tedy już nad tym rozmyślać, czyby nie należało zmienić ubranie duchowne, zapuścić brodę, przybrać strój i obyczaje krajowców, żyć z nimi pospołu i własną ręką uprawiać rolę, a tak dopiero żyjąc między nimi, powoli pracować nad ich zbawieniem. Może jest wola Zbawiciela, ażeby się udał do innego szczepu pogańskiego; do Litwinów lub Żmudzinów, którzyby go lepiej przyjęli i głosu Bożego usłuchali.

W tym samym czasie, kiedy nad Bałtykiem trzej misjonarze łamią sobie głowę nad tym, co począć dalej, w Rzymie, na awentyńskiej górze, objawił Bóg benedyktynom, co postanowił względem św. Wojciecha. Zakonnik Jan Kanaparz widział dwa płótna białe jako śnieg z nieba spływające, podnoszące z ziemi dwóch mężów i w najszybszym biegu wzbijające się ponad gwiazdy. Jednym z tych mężów był św. Wojciech; drugiego nie wielu znało, oprócz tego, który go widział.

Wtedy także św. Nil, opat z innego klasztoru, temuż Janowi posłał list do Rzymu, zawierający treść taką: "Wiedz najmilszy synu, że nasz przyjaciel Wojciech z tego świata wkrótce do nieba odejdzie".

Piątego dnia pobytu na wybrzeżu nadbałtyckim miał Radzym dziwny sen. Opowiadając bratu to nocne widzenie swoje, rzekł: - Widziałem na środku ołtarza kielich złoty, napełniony winem do połowy. Gdy chciałem pić to wino, sprzeciwił mi się sługa ołtarza. Z powagą rozkazującą nie dozwolił mi wykonać zamiaru mego i ani mnie, ani kogokolwiek z ludzi nie chciał przypuścić do skosztowania tego wina, ponieważ takowe zachowane było na jutro dla ciebie na posiłek duchowny.

Następnego dnia zaraz po ukazaniu się jutrzenki, powstali trzej mężowie apostolscy ze snu i puścili się, śpiewając, w daleką drogę.

Święci misjonarze zaszli bezwiednie pod samo Romowe i przekroczyli miejsce bogom poświęcone i tu spoczęli. Gdy nazajutrz św. Wojciech odprawiał tamże ofiarę mszy św., pogańscy strażnicy dąbrowy rzucili się na nich i skrępowawszy powrozami, poprowadzili do swoich kapłanów. Gdy ich tak związanych wywiedli na wierzchołek góry, spostrzegł św. Wojciech, że towarzysze jego niemało się przelękli losem, jaki ich spotkał. Począł ich tedy pocieszać, mówiąc:

- Cóż jest piękniejsze, co milsze i co godniejsze, jak życie własne położyć za Najsłodszego Jezusa Chrystusa?

Słowa te wywarły skutek pożądany. Radzym i Bogusza uspokoili się, a zdając się zupełnie na wolę Bożą czekali cierpliwie, co ich dalej spotka. Nadbiegły coraz liczniejsze tłumy krajowców, otaczając misjonarzy. Zabobonną nienawiść ku chrześcijańskim misjonarzom podniecali jeszcze bardziej kapłani pogańscy. Krwiożerczą dzikością przewyższał wszystkich innych ofiarnik Syggo. Zaledwie św. Wojciech ostatnich słów domówił, wyskoczył Syggo z pośród pogan i utopił ogromną włócznię w okolicy serca męża apostolskiego, dodając szyderczo:

- Ciesz się teraz i raduj, gdyż wedle własnych słów twoich niczego tak gorąco nie pragnąłeś, jak położyć życie za swojego Boga. Zdawało się bowiem szaleńcowi, iż jako kapłan bałwochwalczy i wódz tej pogańskiej tłuszczy obowiązany był pierwszy cios wymierzyć w misjonarza chrześcijańskiego.

Za przykładem ofiarnika Syggona rzuciła się zgraja rozjątrzonych pogan na świętego, pomnażając ciosy i przydając rany do ran, by nasycić gniew swój niepohamowany. Z siedmiu ran wielkich, jakie mu siedmioma włóczniami zadano, tryskała obficie niewinna krew męczennika, jakby z siedmiu źródeł, przeznaczonych na obmywanie przekonania, że ten apostoł chrześcijaństwa miota na nich różne przekleństwa i złorzeczenia, i że tu przybył, aby istniejący u nich porządek przewrócić, a ziemię ich pod obce panowanie zagarnąć.

Widząc poganie ofiarę swej dzikości powaloną na ziemię, krwią obficie zbroczoną i jakoby już bez duszy, rozwiązali ręce męczennikowi. Wtedy to rozciągnął św. Wojciech ręce na kształt krzyża i począł głośno wołać do Boga w najpokorniejszych modłach o swoje i prześladowców swoich zbawienie. "Panie Boże wszechmogący, wysłuchaj litościwie, błagał święty, nie pamiętaj im tego, co mnie niegodnemu dla Imienia Twojego wyrządzili; gdyż nie wiedzą, co czynią. Otwórz raczej oczy ich duszy, ażeby Ciebie, Stwórcę wszech rzeczy, poznali i do Ciebie się nawrócili, a męczeństwo moje nie było bezowocne. Użycz wszystkim łaski i pokoju w tym życiu, a w przyszłym wiecznej szczęśliwości".

Skończywszy serdeczną a gorącą modlitwę za swoich prześladowców, wzniósł św. Wojciech po raz ostatni oczy i ręce ku niebu, a zawoławszy silnym głosem:

"Panie Jezu! w ręce Twe polecam ducha mojego", wydał wnet ostatnie tchnienie, dnia 23 kwietnia roku Pańskiego 997.

Ks. Dr. Zyg. Skarżyński (Żywoty Świętych Polskich).

Rok Boży w liturgii i tradycji Kościoła świętego Katowice 1931

następna strona

Powrót